KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA
  • Czy zdekomunizować karpia?

  • Dopiero początek grudnia, ale Boże Narodzenie już blisko. Zanim dopadnie mnie przedświąteczne zabieganie, usiadłam, żeby przeczytać książkę. A konkretnie „Dwudziestolecie od kuchni”. To kulinarna historia przedwojennej Polski. Trudno oderwać się od lektury. O Bożym Narodzeniu zresztą też tam jest.

    Autorka książki, Aleksandra Zaprutko-Janicka, to historyczka i publicystka, współzałożycielka portalu „Ciekawostki historyczne.pl”. Wcześniej napisała świetną „Okupację od kuchni”. W obu pokazuje świat z innej perspektywy niż przywykliśmy. To świat widziany oczami kobiet, jakże różny od tego widzianego oczami męskich autorów. Świat, uważany dotąd za mniej ważny, bo nie tak istotny dla – szumnie mówiąc – dziejów naszej dumnej ojczyzny. Czy aby na pewno mniej ważny? W jakiej kondycji byłyby polskie rodziny, gdyby nie niesamowita zapobiegliwość i pracowitość polskich kobiet w czasie okupacji? Jak radziłyby sobie te rodziny w trudnych czasach dwudziestolecia międzywojennego?

    Siedmioro dzieci i kryształowe kieliszki
    Autorka „Dwudziestolecia od kuchni” poprzez pokazanie życia zwykłych rodzin w tamtych czasach, odziera przy okazji II Rzeczpospolitą z mitów, jakie czasem wtłacza się nam do głowy, idealizując tamte lata. A przecież międzywojenna Polska była państwem dramatycznych kontrastów. To nie był kraj dam w bogatych kreacjach i dżentelmenów w smokingach, chodzących na rauty, fajfy i dancingi do drogich warszawskich restauracji. Ani kraj ziemiańskich dworków, gdzie przy obficie zastawionych stołach biesiadowali nasi przodkowie w wieczorowych strojach, a najdroższy alkohol lał się strumieniami po piramidzie z kryształowych kieliszków.
    Jak podkreśla Aleksandra Zaprutko-Janicka, tak żył zaledwie ułamek procenta Polaków i Polek. Większość, w większym lub mniejszym stopniu, ledwo wiązała koniec z końcem. Parę milionów w ogóle tego końca nie wiązało i po prostu głodowało. Ich liczba rosła niepokojąco w czasach Wielkiego Kryzysu lat 30. XX wieku. Zresztą i wcześniej, po odzyskaniu niepodległości w 1918 r., też ciekawie nie było. W 1921 r. ceny rosły z dnia na dzień, a papierowy pieniądz miał wartość papieru toaletowego.
    Rozdział „Trzy miliony głodują. Polska w ruinie” powinien sobie przeczytać każdy apologeta II RP. W latach 30. do protestujących przeciw takiemu życiu policja strzelała. W Sanoku, w Krakowie… I nie były to gumowe kule.
    W takiej sytuacji gospodarczej kobiety musiały się wykazać szczególnymi umiejętnościami, żeby wyżywić swoje rodziny. Pół biedy, jak były one nieliczne. Gorzej, gdy dzieci było np. siedmioro.

    Zostawić pokarmy dla duchów?
    Jak w takiej rzeczywistości wyglądały przygotowania do świąt Bożego Narodzenia? Kobiety stawały na głowie, żeby już wcześniej zgromadzić składniki, które miały uświetnić wigilijny i świąteczny stół. Choćby takie jak jabłka, orzechy, mak, trochę miodu. Kto mógł sobie wyhodować świniaka, był górą. Świniobicie urządzano jakiś czas przed Bożym Narodzeniem, żeby zdążyć z wyrobem wędlin i innych przetworów. Ponieważ nie było lodówek, mięso albo smażono i zalewano smalcem, albo wędzono i wieszano w przewiewnym miejscu, gdzie czekało do świąt.
    Dziś większość z nas wierzy, że odwieczną tradycją jest dwanaście potraw na wigilijnym stole i że tak właśnie było w okresie międzywojennym. To nie do końca prawda. Aleksandra Zaprutko-Janicka pisze: „Co do liczby potraw, oszczędność kazała ograniczać ją do minimum. Stąd często mowa zaledwie o trzech czy może czterech daniach. Nawet jednak ci, którzy pragnęli w pełni podporządkować się tradycji, mieli problem z właściwym zastawieniem stołu. „Hasło Łódzkie” przypominało w numerze z 1929 roku, że „zwyczaj każe, by liczba dań była nieparzysta. A więc stosownie do zamożności domu – 5, 7, 9, 11 i więcej”. Ale już pięć lat później kościelne pisemko „Dzwon Niedzielny” podawało, że potraw winno być dwanaście. Na pamiątkę tylu właśnie apostołów”.
    Jakichże finansowych łamańców musiały dokonywać uboższe panie domów, żeby spełnić to zalecenie! A tak na marginesie… Dodatkowe nakrycie niekoniecznie było dla „strudzonego wędrowca”. Według innej popularnej tradycji to dodatkowe nakrycie było raczej „dla nieboszczyków”. Po wieczerzy natomiast wypadało „zostawić pokarmy dla ich duchów”.

    Wigilia była bez karpia
    Ale wróćmy do pokarmów dla ciała… Najstarszym tradycyjnym polskim wigilijnym daniem była kutia. Obecna jeszcze i dziś na stołach potomków tzw. repatriantów ze Wschodu. Reszta potraw na przedwojennych stołach była podobna jak dziś i tak samo zależała o regionu kraju.
    Aleksandra Zaprutko-Janicka zwraca jednak uwagę, że w przedwojennych opisach wigilijnego stołu brakuje karpia. Przed wojną kojarzono go głównie z kuchnią żydowską. W II RP na Wigilię w bogatszych domach raczej nie jedzono karpi, ale m.in. sandacze i szczupaki. W biednych musiały wystarczyć np. malutkie stynki.
    Wigilijny karp jest pomysłem z głębokiego komunizmu. Jego „ojcem” jest Hilary Minc, członek Komitetu Centralnego PZPR, ekonomista i minister gospodarki do 1949 r. Ponieważ w zrujnowanej Polsce trudno było o cokolwiek na święta, wymyślił, żeby na szeroką skalę rozwinąć hodowlę karpi. Dlaczego akurat ich? Bo hoduje się je stosunkowo łatwo, nie wymagają floty kutrów do połowu i są dość tanie. Kiedy więc zbliżało się Boże Narodzenie, ogłaszano, że lada moment w sklepach pojawią się żywe karpie. Innych ryb w zasadzie nie było. I tak karp, chcąc nie chcąc, stał się wigilijną tradycją. Aż dziw bierze, że nikt go dziś nie chce zdekomunizować i „zburzyć” ten karpiowy obyczaj, jak nie przymierzając, Pałac Kultury.

    Piernik najlepiej piec po chlebie
    Ze słodkości na świątecznym stole koniecznie musiał być piernik. Ciasto na niego należało przygotować kilka tygodni wcześniej. Miało to wielką zaletę, bo w natłoku przedświątecznych obowiązków nie trzeba było sobie zawracać głowy jego przygotowaniem. Wystarczyło włożyć je do formy. A formę do pieca.
    No właśnie! Do pieca, a nie – jak dziś – do piekarnika z regulacją temperatury. Autorka „Dwudziestolecia od kuchni” cały rozdział książki poświęca przedwojennym AGD. Te lata to czas, kiedy większość naszych prababek i babek nie miała kuchenek gazowych czy elektrycznych. W Polsce wprawdzie już się one pojawiały, ale były bardzo drogie. Tak więc nasza prababka najpierw musiała przynieść drewno, rozpalić w piecu i umieć utrzymać w nim taką temperaturę, żeby ciasto się nie spaliło. Doświadczone gospodynie radziły, żeby piernik piec po chlebie, bo wtedy uda się najlepiej.
    Taki piec do pieczenia chleba lub ciast czasem stał na środku podwórza i korzystało z niego wiele rodzin. Pamiętam, jak moja mama, mieszkająca w tzw. kasarniach w Borysławiu, opowiadała, że przed świętami była do niego kolejka chętnych.
    To wszystko brzmi dziś dla nas dosyć egzotycznie, bo często nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak zmienił się świat kuchennej codzienności. I o ile łatwiej jest nam dziś przygotować święta.

    Grażyna Zwolińska

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *