sowa-robert
  • Dobre, czyli jakie?

  • Rozmowa z Robertem Sową, mistrzem kulinarnym i miłośnikiem dobrego jedzenia.

    Co to jest dobre jedzenie?
    Hm, to byłby świetny tytuł książki… O tym, co to jest dobre jedzenie długo można by mówić. Niestety, jesteśmy narodem, który nie celebruje dobrego jedzenia. Narodem, który połyka. Ja sam często w biegu coś przegryzam.

    Większość z nas je w pośpiechu. Rano śpieszymy się do pracy lub do szkoły. Coś tam zjadamy albo i nie…
    Cóż, zaczynamy przyzwyczajać się do tego, że w byle jakim, szybkim jedzeniu nie ma niczego złego. Potem zjadamy w domu przygotowany na szybko lub odgrzany obiad. Na szczęście widać ostatnio pewne zmiany na lepsze. Zrobiła się np. moda na wspólne gotowanie. Młodzi ludzie spotykają się w weekendy i wspólnie coś tam pitraszą. Robią razem pizzę, sushi, różnego rodzaju sałatki, makarony. Zaskakują się smakami. W ten sposób chociaż w wolne dni kultywują tradycję dobrego jedzenia.

    Ale to często nie są nasze polskie dania, lecz coś, co zapamiętali np. z zagranicznych wakacji. To źle?
    Oczywiście, że nie. Dzięki temu paleta dań i smaków się rozszerza. Myślę, że w kuchni, jak w życiu, warto eksperymentować, wprowadzać wciąż coś nowego. Warto też przekonywać się do tego, co nowe na rynku kulinarnym, bo dobre jedzenie to też nowości. My, Polacy, tak mocno zakorzenieni w swojej tradycji kulinarnej, powinniśmy się także otwierać na nowości.

    Ale czasem nam po prostu nie smakują. Co wtedy?
    Jak nie będzie smakowało, to nie musimy do tego wracać. Ale chociaż spróbujmy i nie zachowujmy się jak ogromna większość naszego społeczeństwa, mówiąc: – Nie, ja tego nie jem, bo to jest niedobre! Pytam wtedy: – Ale czy chociaż spróbowałeś? I słyszę: – Nie, bo to jest niedobre. To takie nasze, polskie, podejście do sprawy.

    Sam Pan wspomniał, że jednak jest światełko w tunelu… Zaczynamy np. coraz śmielej używać świeżych ziół. Ludzie uprawiają je w ogródkach, na balkonach, w donicach…
    To bardzo pozytywne zjawisko. Jeszcze nie tak dawno doprawiając potrawy ograniczaliśmy się do soli, pieprzu, czasem majeranku, ziela angielskiego i liści laurowych. Dziś w każdym sklepie wybór wszelkiego rodzaju przypraw jest ogromny i coraz śmielej po nie sięgamy. Często typowo polskie potrawy wzbogacamy składnikami, jakie poznaliśmy podczas zagranicznych podróży lub wizyt w restauracjach i knajpkach z narodowymi kuchniami innych nacji.

    A do świeżych ziół wracając?
    Właśnie! Są niezastąpione. Np. do marynowania mięs można używać suszonych ziół, ale jest wiele potraw, w których np. suszona bazylia nigdy nie zastąpi świeżej. Weźmy taką włoską sałatkę caprese. Malinowe pomidory, mozarella Buffalo, do tego sos z oliwy z oliwek z prażonymi orzeszkami pini i listkami świeżej bazylii. Wszystko zmiksowane, posolone, z dodatkiem świeżo zmielonego pieprzu. Nie wyobrażam sobie, żeby tę sałatkę zrobić z najlepiej nawet dobranymi listkami suszonej bazylii.

    Mówiąc kiedyś o cechach dobrej potrawy powiedział Pan, że musi wyglądać, pachnieć i smakować. Odnoszę wrażenie, że Polacy przygotowując na co dzień jedzenie, zbyt często zapominają tym, że ono musi też wyglądać…
    Kulturę, także tę kulinarną, wynosimy z domu. Nasze babcie i mamy gotowały często naprawdę dobrze. Dania smakowały i pachniały, ale nie zawsze była postawiona ta przysłowiowa kropka nad i. A naprawdę tak niewiele trzeba, żeby potrawę odpowiednio wyeksponować na talerzu. W tej dziedzinie też się jednak powoli zmienia na lepsze.

    Pozytywną rolę odgrywają w tym też chyba kulinarne programy w różnych telewizjach. Doskonali kucharze (choćby tacy jak Pan) uczą tam widzów, jak gotować i jak podać potrawę.
    Wiadomo, że siła oddziaływania telewizyjnego ekranu jest wielka. Zdaję sobie jednak sprawę, że zmiany w kulinarnej kulturze następują powoli. Ale weźmy pod uwagę choćby coś tak zwykłego jak przygotowywanie kanapek dzieciom do szkoły, albo sobie do pracy. Pamiętam swoje kanapki… Dziś jest alufolia, są specjalne pojemniczki. Pytanie, co do tych pojemniczków wkładamy. Osobiście uważam, że nawet cokolwiek, będzie to lepsze od tego, co sprzedaje się dzieciom w kioskach szkolnych. Trzeba powoli, drobnymi kroczkami przyzwyczajać dzieci i siebie samego do ciemnego pieczywa, dobrego masła, listka sałaty w środku, młodej marchewki czy rzodkiewki do pochrupania zamiast chipsów czy żelków. Ja sam, jak jem kolację, to mam zwykle pokrojonych kilka rzodkiewek. To także dlatego, że jedzenie powinno nie tylko smakować, ale i wyglądać. Tak niewiele rzeczy sprawia nam przecież dzisiaj przyjemność.

    Dziękuję.

    Rozmawiała Grażyna Zwolińska

     

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *