dziecko w szkole
  • Dwie panie minister i drożdżówka

  • W cieniu likwidacji gimnazjów rozpoczyna się nowy rok szkolny. Dwa lata temu, 1 września 2015 roku, też zaczęła się w szkołach rewolucja. Wywołała niemniej emocji, chociaż dotyczyła „tylko” likwidacji śmieciowej żywności w szkołach, a zwłaszcza w szkolnych sklepikach.

    Trudno powiedzieć, czy we wrześniu 2017 roku w obliczu tego, co zafundowała nam w szkołach obecna władza, ktoś będzie miał jeszcze głowę do drożdżówek, batoników i chipsów. A przecież wtedy rozgrzewały nastroje do czerwoności. Zakaz ich sprzedaży doprowadził nawet do powstania w szkołach swoistego czarnego rynku.
    Rewolucja w szkolnych sklepikach była dzieckiem ówczesnego posła PSL Jana Burego. To on, z grupą partyjnych kolegów, był ojcem projektu ustawy o zakazie sprzedaży niezdrowej żywności w szkołach. Politycy postanowili w ten sposób walczyć z falą otyłości wśród polskich dzieci.
    Projekt ustawy czekał w sejmowej „zamrażarce” ponad 16 miesięcy, ale w końcu się doczekał. Uchwalił ją parlament, podpisał prezydent Komorowski. Weszła w życie 1 września 2015 roku. Stała się kolejnym przykładem na to, że dobrymi intencjami piekło jest wybrukowane.

    Bez drożdżówek pójdą z torbami
    Nikt przy zdrowych zmysłach nie protestował przeciwko temu, że trzeba coś zrobić ze śmieciowym jedzeniem w szkołach. Diabeł jednak tkwi w szczegółach, czyli w tym przypadku w rozporządzeniu do ustawy. Bardzo długo nie powstawało. Tymczasem zbliżał się początek roku szkolnego. Właściciele sklepików rwali włosy z głowy. Obawiali się, że bez pączków, drożdżówek, chipsów, batoników, gazowanych, słodkich napojów itp. pójdą z torbami. Nie wiedzieli, co w ogóle będą mogli sprzedawać. W nerwach byli też odpowiadający za szkolne stołówki. Pojawiały się plotki, że nie będzie można w ogóle solić ani słodzić jedzenia. Poszło w naród, że nawet jabłka będą zakazane, bo zbyt słodkie.
    Rodzone w bólach ministerialne rozporządzenie, zamiast ugasić pożar, tylko dolało oliwy do ognia. Było dramatycznie szczegółowe i zawierało wiele ograniczników. Śmiano się więc gorzko, że aby prowadzić szkolny sklepik, trzeba będzie najpierw ukończyć podyplomowe studia z umiejętności czytania i interpretowania poszczególnych paragrafów.
    Niektórzy właściciele sklepików od razu się poddali. Woleli nie ryzykować kary do 5 tys. zł za niestosowanie się do zawiłych przepisów. Inni – zrezygnowali po pewnym czasie.
    Wprowadzenie zakazu śmieciowego jedzenia w szkołach spowodowało (według Konfederacji Lewiatan) likwidację nawet kilku tysięcy sklepików. Najwięcej na Pomorzu, bo około 80 proc. Ci, którzy zostali na posterunku, raczej cienko przędli.

    Oddajcie nam nasz sklepik!
    Ponieważ życie nie znosi próżni, uczniowie zaczęli radzić sobie sami. Wyskakiwali na przerwach do pobliskich sklepów, ku radości ich właścicieli. Potem zjadali na szkolnych korytarzach zakazane przez ustawę produkty. Co bardziej zapobiegliwi, przynosili je sobie z domu. A najbardziej obrotni robili biznes na sprzedaży kolegom tego, czego w sklepikach zabrakło.
    W całej Polsce mówiono o proteście pełnoletnich uczniów gorzowskiego liceum nr 2. – Oddajcie nam nasz sklepik! – domagali się, paląc znicze i trzymając klepsydry. – To wszystko godzi w nasze poczucie wolności! Możemy legalnie kupić piwo i papierosy, a nie możemy kupić słodkiej bułki i kawy w szkolnym sklepiku!
    Nie mogli zresztą kupić niczego, bo ajent sklepik zlikwidował. Po wejściu w życie ustawy o bezpieczeństwie żywności i żywienia w szkołach, handel przestał mu się opłacać.
    – Zamiast zakazów, lepiej zrobić akcję edukacyjną lub wspomóc finansowo sklepiki ze zdrową żywnością, aby dla właścicieli były nadal opłacalne. Najprościej jest napisać restrykcyjną ustawę – komentował protest dyrektor ogólniaka.
    Osobną sprawą były posiłki w szkolnych stołówkach. Uczniowie nie chcieli ich jeść, bo były bez smaku. Szybko wpadli jednak na pomysł, że przecież sól i cukier można przynieść z domu i doprawić potrawy. Co bardziej zaradni, starsi uczniowie zrzucali się na elektryczny czajnik i sami robili sobie kawę.
    Skarżono się też, że w sklepikach, które zostały, ale i w stołówkach, zrobiło się drożej. Nic dziwnego, skoro słodzić wolno było tylko miodem, mięso musiało być naprawdę wysokiej jakości, a czekolada (jeśli już) to taka z zawartością co najmniej 70 proc. kakao.

    Dilerzy soli, cukru i pączków
    Trzeba przyznać władzy, że dość szybko poszła po rozum do głowy. Zaraz we wrześniu 2015 r. ówczesna minister edukacji Joanna Kluzik-Rostkowska chwaliła się:
    – Wynegocjowałam z ministrem zdrowia powrót drożdżówek. Będę negocjować również kawę. Wysłałam list do dyrektorów szkół i przedszkoli, żeby zgłaszali wszystkie uwagi, które się pojawiły w związku z tym rozporządzeniem. Rozumiem, że nie ma miejsca na to, żeby wrócić do tego, co było. Chipsom nadal mówimy „nie”. Po 6 października siadamy do stołu i ustalamy nowe zasady.
    Z siadania do stołu niewiele wyszło, bo wkrótce (15 października 2015 r.) odbyły się wybory parlamentarne i władze przejęło PiS. Kolejną minister edukacji została Anna Zalewska. Choć całkiem inna w poglądach od swojej poprzedniczki z PO, to jednak na drożdżówki i zamieszanie wokół sklepików i stołówek patrzyła tak samo.
    – Pod hasłem zdrowej żywności doprowadziliśmy do absolutnej katastrofy żywieniowej w szkołach i przedszkolach plus do likwidacji małych i średnich przedsiębiorców – stwierdziła. Powiedziała, że cukier i sól powinny wrócić, oczywiście w rozsądnych ilościach. Podobnie drożdżówki, z tym że nie byle jakie, ale o ograniczonej zawartości cukru i tłuszczu i nie z głęboko mrożonego ciasta. Nowe zasady miały zlikwidować też problem szkolnych „dilerów” soli, cukru, saszetek z kawą i różnych słodkości.

    Jamie Oliver by się przydał
    Rezultatem tego, że najpierw Kluzik-Rostkowska a potem Zalewska powiedziały ciepłe słowa o niektórych zakazanych produktach było to, że cichcem zaczęły one wracać do sklepików i stołówek, choć daleko jeszcze było do zmiany prawa. Dopiero pod koniec lipca 2016 r., minister zdrowia Konstanty Radziwiłł podpisał nowe rozporządzenie, łagodzące to poprzednie. I tak od 1 września 2016 r. przysłowiowe drożdżówki w bardziej dietetycznej postaci stały się legalne.
    1 września 2017 r. rewolucyjnych zmian w szkolnych sklepikach i stołówkach pewnie nie przyniesie. Zresztą komu one dziś w głowie? Nie będzie też pewnie myśleć o nich min. Zalewska, zajęta przekonywaniem, że reforma oświaty jest sukcesem, a żaden nauczyciel pracy nie straci.
    Aż nie wypada w tym momencie przypominać pani minister, co mówiła niedługo po wyborze na stanowisko szefa resortu. A mówiła tak: – Zdrowe jedzenie, w sposób właściwy ułożone, z dietetykami, ale i praktykami, którzy na co dzień karmią dzieci – to po pierwsze. I po drugie: stopniowa edukacja. Mam nawet pomysły…
    – Chcę na wzór Jamiego Olivera (angielski kucharz, zwolennik zdrowej żywności, autor kulinarnych programów telewizyjnych – red.) spróbować zrobić kilka spotkań publicznych, telewizyjnych w stołówkach szkolnych… – kontynuowała.
    – A ma pani kandydata na polskiego Jamiego Olivera? – spytał dziennikarz.
    – Mamy cudownych kucharzy, którzy doskonale uczą, jak gotować, w związku z tym myślę, że będziemy mogli z nimi współpracować.
    Trochę czasu od tej deklaracji minęło i nic. Rozumiem, że pani minister ma dziś inne kłopoty. Szkoda, że nie zrealizowała tego świetnego pomysłu, a skupiła się na znacznie, znacznie gorszym.
    Grażyna Zwolińska

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *