kartacze-z-miesem_large
  • Kartacze i sękacze

  • Jak dobrze Wiecie, nasze zwiedzanie to przede wszystkim wędrówki szlakami dobrego jedzenia. Różnie to bywa, ale w tym roku pojedliśmy zacnie. Gdzie? Na Mazurach, kilka kilometrów za Giżyckiem.

    Droga była długa, warto było. Zamieszkaliśmy nad jeziorem Gołdopiwo, w miejscowości Jeziorowskie. Tego samego dnia gospodyni zaproponowała kupno kurek – nabyliśmy. Piękne, duże, pachnące okazy. Wieczorem wiedzieliśmy także gdzie kupić świeże jaja, pomidory, ogórki i inne warzywa – po prostu raj dla smakoszy!
    Przez pierwsze dni jedliśmy grzyby i świeżo złowione, usmażone ryby (płocie, krasnopióry, okonie i leszcze). Polecam zabierać na takie wyprawy wędkarzy! Nasi nas nie zawiedli.
    Szlak jednak czekał! Na pierwszy ogień – Bar Młyn w Baniach Mazurskich. To tu podają najlepsze w Polsce, mistrzowskie kartacze! Zestaw to dwie sztuki i sałatka. Objedliśmy się wielkimi pyzami z mięsem, ale sałatka nie dostałaby medalu.
    Będąc w Baniach dowidzieliśmy się od miejscowych, że można tam obejrzeć… mumie i piramidę. Zdziwieni? My też byliśmy. Okazało się, że to dwa grobowce.
    Pierwszy z 1860 roku, rodziny Steinertów, stoi na opuszczonym cmentarzu ewangelickim. W krypcie znajdują się zmumifikowane ciała kobiety i mężczyzny. Oba ciała są pozbawione głów. Podobno w czasie zarazy odcięli je mieszkańcy wsi, winiąc dziwnie zachowane ciała za chorobę. Pochowano tu Martę Steinert. Tubylcy opowiadają że była to wielka, tragiczna miłość – stąd wyryte serce na zachowanym słupie bramnym. Kaplica jest zamykana, klucz należy pobrać w gminie w Baniach Mazurskich od 9.00 do 15.00. Warto tu zajrzeć, choć szkoda, że stan tego zabytku jest opłakany.
    Kilka kilometrów dalej, we wsi Rapa, znajduje się budynek w kształcie piramidy. Zbudował ją w 1811 roku baron Friedrich von Fahrenheid, zafascynowany starożytnym Egiptem. W swojej wielkiej kolekcji dzieł sztuki miał również wiele artefaktów z Egiptu.
    Podobno udało mu się zdobyć na aukcji w Berlinie złoty posążek boga Anubisa. Legenda głosi, że kto go dotknie, przytrafi mu się nieszczęście. Los zrządza, że posążek bierze do ręki Ninette, 3-letnia córka Fahrenheida. Zapada na szkarlatynę i umiera. Zrozpaczony ojciec buduje dla niej grobowiec w kształcie piramidy, w nadziei, że zwłoki dziecka zostaną w jego wnętrzu samoistnie zabalsamowane i przetrwają wieki.
    Miejsce to zostało wybrane ze starannym zachowaniem zasad radiestezji. Promieniowanie jest tu szczególnie silne i korzystne. Piramida ma 16 m wysokości i mierzy u podstawy kwadratu 10 m. We wnętrzu zachodzą duże zakłócenie pola magnetycznego.
    Po śmierci kolejnych Fahrenheidów, ich ciała są składane do piramidy. W środku piramidy zachowały się trumny ze zmumifikowanymi ciałami między innymi 3-letniej Ninette i twórcy piramidy. W czasie wojny piramida została zbezczeszczona przez Rosjan. Trumny zostały otwarte, a ciała odarte z szat. Prawdopodobnie wtedy też ciała zostały pozbawione głów. Pomimo, że piramidę otacza gęsty las w środku nie ma żadnych insektów. Priamida, podobnie jak grobowiec Steinertów, jest niestety, również mocno zaniedbana.
    Po dniu przerwy, ruszyliśmy w kierunku Stańczyków. Północne krańce Mazur należą do najrzadziej odwiedzanych zakątków kraju. Właśnie tu, wśród uroczych pagórków i łąk, za wsią Stańczyki, znajdują się potężne dwa wiadukty nieczynnej linii kolejowej Gołdap – Żytkiejmy (31km). Mosty w Stańczykach są najwyższymi na linii i jednymi z najwyższych w Polsce. Długość – 200m i wysokość 36m. Architektura charakteryzuje się doskonałymi proporcjami, a filary ozdobione są elementami wzorowanymi na rzymskich akweduktach w Pont du Gard. Stąd nazwa – Akwedukty Puszczy Rominckiej. Będąc w okolicy koniecznie trzeba je odwiedzić.
    Kilkaset metrów od mostów trafiliśmy na obiad do karczmy Biały Dwór, gdzie objedliśmy się plackami żmudzkimi. Naprawdę wyborne.
    Tydzień szybko mija. Dzień przed wyjazdem odwiedziliśmy jeszcze Wilkasy, gdzie małżeństwo Eulalii i Andrzeja Paszkiewiczów prowadzi gospodarstwo agroturystyczne i kuchnię regionalną.
    Zamówiliśmy pakiet pod nazwą „Smakowanie Mazur”. Okazało się to fantastyczną, dwugodzinną degustacją mazurskich potraw, połączoną z opowieściami Gospodarza o każdym produkcie. Na stole pojawiły się m.in. rosół z węgorza, mazurski pasztet rybaka, dzyndzalki z hreczką, farszynki mazurskie, kartacze, filet z płoci czy wędzona słonina (znakomita!). Na deser sękacz, herbaty z konfiturą i oczywiście nalewki, w wyrobie których, Gospodarz jest Mistrzem Polski. Pomiędzy daniami, dla lepszego trawienia, pojawiło się także regionalne piwo. Po prostu uczta totalna. Serdecznie polecamy. I w ten sposób zakończyła się nasza tygodniowa wyprawa na Mazury. Było warto.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *