kawa
  • Kawa nasza codzienna

  • Postawiłam na gazie kawiarkę i usiadłam, żeby napisać tekst o… kawie. A przy okazji o kawiarkach właśnie, o coraz wymyślniejszych ekspresach do kawy, o kawie po turecku, bezkofeinowej, rozpuszczalnej, ale też o zwykłej zbożówce.

    Co najmniej do lat 70. ubiegłego wieku, a może i nawet jeszcze dłużej, w Polsce królowała tzw. kawa po turecku. Brało się szklankę, wsypywało łyżeczkę lub dwie mielonej kawy i zalewało wrzątkiem. Z Turcją miała ona tyle wspólnego, co ryba po grecku z Grecją.

    W tamtych latach prawdziwą kawą po turecku poczęstowała mnie znajoma, która wróciła z Bułgarii. Przywiozła stamtąd mały miedziany tygielek o wąskiej szyjce i długiej rączce, czyli dżezwę. Nalała do niego trochę wody, wsypała kawę i cukier i postawiła na gazie. Płyn musiał trzykrotnie podnieść się do brzegów tygielka i opaść. Taka kawa, słodka ale bez mleka, podawana jest ze szklanką zimnej wody. W 2013 r. tradycja parzenia i picia kawy w Turcji została wpisana na listę niematerialnego dziedzictwa UNESCO.

    Prochy Renato w kawiarce
    Krótko próbowałam używać tygielka, ale bardziej przypadła mi do gustu kawiarka, czyli aluminiowy dzbanuszek o ośmiokątnym dnie, z pokrywką.
    O, właśnie kawa w mojej kawiarce daje bulgotem znak, że pora wyłączyć gaz i nalać pachnący napar do filiżanki. A przy okazji napisać może coś o samej kawiarce, nazywanej też makinetką, po włosku la macchinetta, la moka czy la caffettera.
    Ojcem kawiarki jest Włoch Renato Bialetti. To jego manufakturę w 1933 r. opuściły jej pierwsze egzemplarze. Dziś makinetki produkowane są na całym świecie w ogromnych ilościach.
    Renato Bialetti już nie żyje. Jego ostatnim życzeniem było, żeby jego prochy po skremowaniu umieszczono w …kawiarce. Klasycznej, aluminiowej, tylko nieco większej od tej do parzenia kawy. Dwa lata temu, podczas pogrzebu Bialettiego, włoski ksiądz z powagą okadzał tę nietypową urnę, a żałobnicy wpatrywali się z nią ze smutkiem.

    Bajery wypasionych ekspresów
    Kiedy odwiedzam swoich znajomych, zaskakiwana jestem różnymi ekspresami do kawy, jakie sobie właśnie sprawili. Podziwiam ich różnorodne funkcje, tym liczniejsze im ekspres droższy. A potrafi być naprawdę drogi. Kawa, jaką mi serwują znajomi jest oczywiście dobra, czasem nawet bardzo dobra. Choć np. espresso wcale nie jest lepsze od tego z mojej zwykłej kawiarki. Cóż, kiedy kawiarce brakuje bajerów. Nie ma np. wbudowanego młynka do mielenia kawy. Nie ma spieniacza do mleka. Nie można w niej wykorzystać gotowych kapsułek ze zmieloną kawą, itp.
    W wielu domach, w których nie ma wypasionych ekspresów ciśnieniowych, zobaczyć można ekspresy przelewowe. Takie z dzbankiem na gotowy napój i pojemnikiem na zmieloną kawę wyłożonym papierowym filtrem. Pewnie mało kto wie, że papierowe filtry wynalazła sto lat temu niemiecka gospodyni domowa Melitta Bentz. Chciała oddzielić fusy od kawy i postanowiła użyć do tego bibułki do odsączania atramentu (starsi może jeszcze pamiętają specjalne przyciski ze spodem z warstw bibułek, którymi usuwało się z zapisanej kartki nadmiar atramentu na literach pisanych stalówkami). Pomysł nowego zastosowania bibułek okazał się strzałem w dziesiątkę. Firma produkująca pierwsze filtry do kawy zapewniła Melitcie spokojne życie.

    Arabika czy może Kopi Luwak?
    Nawet jednak najlepszy ekspres do kawy nie zapewni dobrego naparu, jeśli użyty do jego wytworzenia surowiec nie będzie odpowiedniej jakości. Ale na co się zdecydować, kiedy na półkach sklepowych takie zatrzęsienie kaw wszelakich?
    Przede wszystkim warto wiedzieć, że są dwa podstawowe gatunki kawy. To Arabika i Robusta. Arabika zawiera o połowę mniej kofeiny niż Robusta i jest łagodniejsza w smaku. Pije ją prawie 70 proc. polskich kawoszy. Dobrze więc przed zakupem przeczytać informację, jakie ziarna (w całości, czy zmielone) są w środku opakowania: samej Arabiki, Robusty czy mieszanki obu gatunków. Czasem na półkach można trafić na Excelsę, ale to jednak rzadkość.
    Absolutną rzadkością jest Kopi Luwak. To najdroższy rodzaj kawy na świecie. Kilogram może kosztować nawet kilka tysięcy zł. Powstaje z owoców kawowca przetworzonych przez łaskuny. W przewodzie pokarmowym tych dzikich zwierzątek miąższ owoców zostaje strawiony, a same kawowe ziarna po lekkim nadtrawieniu i fermentacji są wydalane. Zbierane przez pracowników plantacji są płukane, czyszczone, suszone i palone. Kawa z takich ziaren ma mieć niepowtarzalny czekoladowo-karmelowy smak. No, bo ja wiem…

    Róbta co chceta, ale z głową
    A kiedy już się zdecydujemy, jaki gatunek i rodzaj kawy nam najbardziej smakuje, powstaje pytanie (powracające jak bumerang), czy picie kawy nam szkodzi, czy wprost przeciwnie.
    Przez lata raczej przestrzegano przed piciem kawy. No, może filiżankę dziennie, ale i to nie dla każdego. Dziś podejście do tego napoju jest o wiele bardziej liberalne. Już nie oskarża się go o powodowanie chorób serca, wrzodów żołądka, odwodnienie organizmu itd. Co nie znaczy, że do picia kawy można stosować zasadę „Róbta co chceta”.
    Opinia, że picie kawy grozi zawałem, jest na pewno mocno przesadzona. Oczywiście nie mówimy o sytuacjach, gdy ktoś wypija kilkanaście czy nawet ponad dwadzieścia filiżanek, zwłaszcza mocnego espresso. Z poważnych badań wynika, że picie kawy nie zwiększa ryzyka chorób serca. Co więcej umiarkowane jej spożycie (np. dwie filiżanki dziennie) może nawet nieco obniżać ryzyko tych chorób.
    Opowieści, że kawa może wywołać wrzody żołądka, też mijają się z prawdą, skoro wiemy już, że za wrzody te w największym stopniu odpowiada zakażenie bakterią Helicobacter phylori, a potem czynniki genetyczne, nadużywanie niesterydowych leków przeciwzapalnych alkoholu. Z odwadnianiem organizmu przez kawę to też przesada, choć kawa ma rzeczywiście lekkie działanie moczopędne.

    Zawsze można napić się Inki
    A zalety picia kawy? Są liczne. Przede wszystkim cudnie smakuje. Pozwala na przyrządzanie jej na wiele sposobów. Poprawia koncentrację kierowcy, więc warto ją wypić na postoju w czasie dłuższej podróży samochodem. Pomoże przywrócić sprawność umysłu studentowi, który całą noc zakuwał przed egzaminem. Powinni ją pić panowie nie tylko w studenckim wieku, bo – jak wykazały badania przeprowadzone na 50 tysiącach amerykańskich mężczyzn, pracowników służby zdrowia – zmniejsza w istotny sposób ryzyko zachorowania na raka prostaty. Co ciekawe, ten korzystny wpływ ma też kawa bezkofeinowa, czyli pewnie jeszcze jakieś inne składniki kawy (poza kofeiną) chronią prostatę.
    A skoro już jesteśmy przy kawie bezkofeinowej, to warto przypomnieć, że – wbrew nazwie – zawiera jednak niewielką dozę kofeiny. Podobnie jak piwo bezalkoholowe ma troszkę alkoholu.
    Kofeinę ma też kawa rozpuszczalna, choć w mniejszej ilości niż naturalna. Filiżanka tej pierwszej ma ok. 65 mg kofeiny, tej drugiej – ok. 120 mg. Przyjmuje się, że kofeina w ilości do 400-500 mg dziennie nie wywołuje negatywnych skutków dla zdrowia. Dawka śmiertelna to 10 g kofeiny, czyli jakieś 83 filiżanki kawy naturalnej lub 154 tej instant. Tylko kto by tyle wypił w ciągu jednego dnia? I po co?
    Dla tych, którzy nie chcą eksperymentować z liczbą wypitych filiżanek prawdziwej kawy, pozostaje kawa zbożowa z prażonych ziaren żyta, jęczmienia, korzenia cykorii i buraka cukrowego. Początkowo była pita przez najuboższych. W czasie II wojny św. trafiła na wszystkie stoły. W 1971 r. w Polsce pojawiła się kawa zbożowa Inka. Naprawdę dobra, też w postaci instant. Dziś kupić można – oprócz Inki klasycznej – mleczną, czekoladową, karmelową, korzenną, waniliowo-pomarańczową, bezglutenową itd. Tę w najbardziej podstawowej postaci niektórzy zaparzają w …. kawiarkach.
    Grażyna Zwolińska

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *