bergen
  • Kuchnia norweska

  • Najważniejszy w Norwegii jest łosoś. Niekwestionowany król każdego stołu, bankietu czy domowej kolacji. Podawany na zimno, uwędzony na piękny kolor, przygotowany w glinianym piecu albo zwyczajnie smażony na patelni. Ale król ma młodszego brata, Pana Kartofelka, o wiele bardziej kochanego przez Norwegów.

    Ziemniak to w Skandynawii potrawa ekskluzywna. Najczęściej sprowadzany z Francji, tak smakuje potomkom Wikingów, że gdyby mogli, dodawaliby go nawet do makaronu. Dlatego kartofle pod różnymi postaciami są serwowane niemal w każdym hotelu, także na śniadanie.

    Norweska kuchnia to raj dla amatorów dań mięsnych. W sklepach kuszą niemal czarne kiełbasy z wieloryba, łosia i wieprzowiny. Wyglądem przypominają salami, są jednak znacznie twardsze.
    Norweską specjalnością jest jednak Får-i-kål – potrawka jagnięca przełożona drobno pokrajaną kapustą. Reinsdyrstek – kotlet z renifera, podaje się, gdy mięso zróżowieje. Dodatkiem są oczywiście ziemniaki, brokuły i borówki. Wszystko w gęstym tłuszczu. Podobnie serwuje się elgstek – smażone mięso łosia w plastrach oblane dżemem borówkowym i winnym sosem. Fenålar – marynowana baranina, solona i suszona zawsze idzie pod rękę z chrupkim chlebem, jajecznicą i piwem. Ale to, po co smakosze naprawdę przyjeżdżają do Norwegii to ryby i owoce morza.

    Bergen, drugie pod względem wielkości miasto w Norwegii ze względu na swoje położenie nazywane jest Stolicą Fiordów. Przyjeżdża się tu właściwie dla dwóch rzeczy. Po pierwsze dla dzielnicy Bryggen – starych, wąskich uliczek wyłożonych drewnem, które, mimo, że XVIII-wieczne, wyglądają jak scenografia do komedii Szekspira. Balkoniki, przejścia, mostki tworzą zapomniany świat wędrownych handlarzy, rybaków wracających ze wzburzonego morza, dziewczyn czekających na swoich marynarzy. Drugą atrakcją jest targ rybny, rozłożony tuż przy wybrzeżu.
    W niewielkich basenach pływają najoryginalniejsze okazy z królestwa Neptuna. Na obłożonych lodem ladach piętrzą się krewetki, kraby, małże, łososie, kawior i mięso z wieloryba, które na pierwszy rzut oka wygląda jak wątroba jakiegoś dużego ssaka. Specjalnie dla turystów sprzedawcy mają gotowe bułki z morskimi przysmakami. Ceny, jak na polskie warunki wysokie. Nieduża bagietka z łososiem, w przeliczeniu na złotówki, kosztuje ok. 25-30 złotych, W malutkiej smażalni można dostać „fish and chips”, czyli rybę z frytkami. To już wydatek. Trzy kawałki halibuta i frytki kosztują…50-60 zł. Warto jednak pamiętać, że Norwegowie zarabiają inaczej. Kierowca turystycznego autobusu ma pensję rzędu 10 tys. koron, co w przeliczeniu na złotówki daje jakieś 5 tys. złotych. Dlatego w sklepie spożywczym w Bergen tylko obcokrajowców dziwi, że za butelkę wody mineralnej muszą zapłacić 30 koron, czyli ok. 15 zł, a za gałkę lodów 15 koron.

    Drogie również są noclegi – w zależności od standardu pokój w hotelu kosztuje od 500 do 1500 koron. W tę cenę wliczone jest jednak zawsze śniadanie, i tu przed Norwegami należy pochylić głowę. To nie są śniadania, to prawdziwe orgie kulinarne, które można porównać tylko z równie wspaniałymi kolacjami. Początek dnia to do wyboru kawa, herbata, sok, jogurt, mleko lub woda. Obok różnych gatunków chleba leżą zawsze herbatniki. Obowiązkowe są smażone ziemniaczki, małe paróweczki i nieco nadmuchana, przypominająca raczej omlet jajecznica. Wybór szynek i ryb jest tak duży, że nawet nie ma się nad tym co rozpisywać. Warto jednak zatrzymać się na chwilę przy zwykłym śledziku.

    Sild, czyli śledź; może być podawany na tysiąc sposobów. Obok dorsza i łososia to najczęściej spożywana w Norwegii ryba. Często nazywany jest „morskim srebrem” –- Najsmaczniejszy jest ten, lekko zamarynowany, a następnie zatopiony w sosie majonezowym z różnymi dodatkami. Może to być ketchup, musztarda, curry. Rybka pokrojona jest na maluteńkie kawałeczki. Podobnie podawane są krewetki w majonezie. Nic nie smakuje lepiej niż małże w białym winie z czosnkiem i z odrobiną śmietany oraz tzw. klipfisk czyli zapiekany dorsz z ziemniakami i smażoną cebulką. Zupa rybna w Stokmarknes w pobliżu Lofotów to absolutna sensacja kulinarna. Robi się ją z wielu rodzajów ryb i świeżych owoców morza. Wspaniale też smakują szczypce krabów, ale kupowane bezpośrednio od rybaka w Bergen lub Stavanger! Uwaga na cholesterol, ale jak mówią Norwegowie: kalorie są po to, aby je jeść, a nie liczyć. W Norwegii koniecznie trzeba również spróbować geitost, koziego sera o dość specyficznym smaku i zapachu. Jego inna nazwa to Gudbrandsdalsost; od doliny Gudbrand, w której pierwotnie był produkowany. Ten ser nie każdemu musi smakować, jest bardzo tłusty, ma smak i kolor toffi. Niektórzy twierdzą nawet, że ten smak to coś pomiędzy karmelem, a krówką. Można zjeść zaledwie dwa, trzy kawałeczki i czasem to już za dużo.

    Geitost powstaje przez gotowanie serwatki aż do momentu, w którym karmelizuje się laktoza – stąd też bierze się brązowy kolor. Następnie masa wlewana jest do foremek, w których stygnie. Geitost jest serem kultowym. W czasie Bożego Narodzenia podawany jest z ciastem owocowym zrobionym na ostro. Świetnie nadaje się na słodkie founde, zaś marynarze zabierają go w dalekie podróże. Największym problemem jest to, że trudno do niego dobrać wino i nawet największe autorytety nie mogę sobie z tym poradzić. Mimo to, jak wyliczono, Norwegowie jedzą rocznie 10 tysięcy ton brązowego sera.

    Kilka lat temu wybuchła nawet afera narodowa, której powodem był geitost. We wrześniu 2000 roku norweskie media poinformowały, że brązowy ser jest za miękki, żeby kroić go łopatką! To był prawdziwy skandal. Łopatka do krojenia sera, skandynawski wynalazek z 1925 roku idealnie nadaje się do krojenia geitostu. W całą sprawę wmieszał się krajowy konsultant do spraw konsumentów, który oświadczył: „Jeżeli klient kupuje brązowy ser, którego nie może pokroić łopatką, to znaczy, że taki produkt ma wadę. Wtedy klient musi dostać swoje pieniądze z powrotem, albo dobry ser”. Wkrótce okazało się, że wadliwy ser zawierał zbyt dużo wody, która powinna stanowić zaledwie 19 proc. jego zawartości. Jednak atmosfera karmelowego skandalu jeszcze jakiś czas unosiła się w powietrzu.

    O ile przy daniach głównych myślałam jeszcze o dbaniu o linię, to przy deserach zupełnie przepadłam. Tak samo jak norweska królowa… Jej Wysokość często zagląda – choć cicho sza, bo to tajemnica – do Geiranger, miasteczka położonego nad najpiękniejszym fiordem Norwegii, o tej samej nazwie.
    Jej Wysokość zatrzymuje się zawsze w prowadzonym od trzech pokoleń przez jedną rodzinę Union Hotelu, z którego rozpościera się widok na niesamowite ściany skalne, poorane wodospadami i rozdzielone przez morską wodę. W ubranej w złoto hotelowej jadalni z wielkimi oknami, można spróbować wszelkich kulinarnych luksusów. Ominę stosy raków, krabów, małży i krewetek, bez emocji przejdę koło ziemniaków na kilka sposobów, pieczeni, sałatek, owoców, ryb, ale desery… mogłabym za nie pójść na wojnę.

    Na ogół pierwsze znikają tilslørte bondepiker. Pod tą zbyt skomplikowaną dla nas nazwą (w tłumaczeniu oznacza „zawoalowane młode chłopki”!) kryje się bajeczna, choć prosta potrawa: gotowane jabłka z podsmażoną na maśle posypką z cukru i tartej bułki, podawane z bitą śmietaną.
    Delikatne jak puch, niezbyt słodkie, nabiera się i je wielką łyżką. Obok pysznią się riskem – puddingi w różnych smakach ozdobione śmietaną. Najlepiej smakują z sosami owocowymi, najczęściej przyrządzanymi z dzikich malin. Jeśli się doda do tego jeszcze kapkę gęstego sosu waniliowego… Nie wie o jedzeniu nic ten, kto choć raz tego nie spróbował. Mniej wymagający mogą oczywiście skusić się na naleśniki albo havrekjeks, czyli ciasteczka z owsa, które spożywa się z kozim serem. Popularny jest również trollkrem – to ubite białka jajek i cukier zmiksowane z owocami, najczęściej żurawiną. Większość norweskich deserów opiera się na mleku, podobno najlepszym na świecie. Średnie spożycie mleka przez jednego mieszkańca w ciągu roku to 150 litrów!
    Lidia Kawecka

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *