banjul
  • Magia Afryki

  • Ryż, ryba, cebula, pomidory, trochę czosnku i papryki, może jeszcze masło. Z tych kilku prostych rzeczy mieszkaniec Gambii potrafi wyczarować cuda. Jeśli ma jeszcze do dyspozycji krewetki, kraby i kalmary, można liczyć na prawdziwą ucztę.

    Gambia jest malutkim krajem wciśniętym klinem w Senegal. Gdyby spojrzeć na mapę, widać wyraźnie, że to niewielkie afrykańskie państwo składa się głównie z rzeki, również o nazwie Gambia. Choć w głębi kraju nie brakuje atrakcji, nie zapuszcza się tam wielu turystów. Większość zostaje na przepięknym, ciągnącym się 80 km wybrzeżu, wybierając szerokie, piaszczyste plaże, cień palm i lekki wiaterek.

    To prawdziwy raj, także kulinarny. Brzeg oceanu jest przecież prawdziwym zagłębiem knajpek, restauracji, restauracyjek oraz plażowych pijalni soków. Taka pijalnia to właściwie budka z daszkiem, zawsze pomalowana na niebiesko. Soki przygotowuje się tu ręcznie, więc na szklankę zimnego napoju przychodzi czasami czekać nawet i 40 minut. Każda pomarańcza, każdy grapefruit, każda mandarynka wyciskane są osobno, aż w wysokich szklankach uzbiera się odpowiednia ilość soku.

    Turysta jest tu na wagę złota, więc na plaży trudno opędzić się od chłopców, którzy co chwila podstawiają menu z owocowymi napojami. Gambijczycy są niezwykle towarzyscy. Ze względu na porę deszczową, nie wszyscy pracują przez cały rok. Suchy okres wykorzystują więc, aby jak najwięcej zarobić, a pieniądze przywożą przecież turyści. Z tego powodu każde wyjście z hotelu wiąże się z nawiązywaniem kilkunastu, a nawet kilkudziesięciu znajomości dziennie. Równocześnie to wielokrotne, ciągłe odmawianie, tłumaczenie, że nie potrzebuje się przewodnika, towarzystwa czy przyjaciela.

    W 2001 roku, kiedy wielu turystów coraz częściej oświadczało, że nie wróci już do Gambii z powodu ciągłych nagabywań, rząd wyselekcjonował 66 „plażowych chłopców” i wyszkolił ich jak należy obchodzić się z turystami. Asertywność jednak nie zawsze popłaca. Tylko „lokals” wskaże niezwykłe potrawy. Tylko on będzie nas zaczepiał tak długo, aż spróbujemy wszystkich soków z niebieskich budek na plaży.

    O ile mieszanki bananów, pomarańczy czy mango są dla Europejczyka czymś znajomym, rzadziej spotyka się z sokiem z baobabu. Afrykańska legenda mówi, że dawno, dawno temu baobab rozzłościł Boga, który z karę posadził to drzewo do góry korzeniami. Przez to oryginalny baobab stał się nieodłącznym elementem krajobrazu Afryki. Wygląda przecież jakby rósł do góry nogami. To jedyna rośliną, która pamięta czasy sprzed pięciu tysięcy lat. Owoce baobabu, przypominające swoim wyglądem duże ogórki, nazywane są często małpim chlebem. Gustują w nich głównie pawiany, a także duże ptaki. Po wysuszeniu owoców, Gambijczycy wypłukują z nich małe, czarne pestki, zaś miąższ w połączeniu z wodą daje pyszny, orzeźwiający sok. Ma on właściwości zapobiegające wielu tropikalnym chorobom, głównie febrze. Sok na plaży kosztuje w przeliczeniu na złotówki około siedmiu złotych.

    Dodatkową atrakcją są przechadzające się kobiety, które sprzedają owoce z koszy noszonych na głowie, a także dzieci oferujące orzechy nerkowca. Tak naprawdę, turysta, który nie przyjechał zwiedzać i tylko chce wypocząć na plaży, przez cały dzień nie musi jej opuszczać. Zrobi tu nawet zakupy, zaopatrzy się w pamiątki, w razie potrzeby plażowy sprzedawca zaoferuje kupno ręcznika. W różnych porach dnia można liczyć na koncerty. Rano można więc wypić sok, na drugie śniadanie zakąsić owocami, na obiad zaś wybrać się do jednej z rozłożonych na piasku restauracji. Tutejsze lokale mają działające na wyobraźnię nazwy. Ponieważ z Gambii pochodził słynny Kunta Kinte, jego imieniem nazwanych jest większość z lokali, ale nie brak tu „Gniazda Żeglarzy” czy też „Rajskiej Plaży”. Czym innym jest jednak jedzenie w restauracjach dla turystów, czym innym stołowanie się w lokalnych knajpeczkach. Osobnych kilka zdań należy poświęcić również niezwykle fascynującemu tematowi: Anglik w Gambii.

    Śniadanie w żadnym hotelu nie będzie zaskoczeniem. W najtańszej wersji to biała bułka, masło, jajka, ser i banany. Do tego aromatyczna kawa i sok pomarańczowy. W wersji bardziej rozbudowanej do dyspozycji są proste sałatki, więcej owoców, na przykład papaja lub mango i jogurty. Często cienkie parówki. Gambia to jeden z najpopularniejszych kierunków turystycznych w Wielkiej Brytanii i w Holandii. Chętnie bywają tu również mieszkańcy Skandynawii. Śniadania więc przygotowywane są pod nich.

    Prawdziwa kulinarna rozpusta zaczyna się dopiero przy obiedzie i kolacji, które najprzyjemniej jeść nad samym oceanem lub w jego pobliżu. Można także wybrać się na największy w kraju targ do Serrekundy albo na Albert Market w stolicy Gambii Banjulu. Jest tu wszystko, od najtańszych ziemniaków po jabłka z eksportu. Podstawą wszystkich dań jest oczywiście ryż. Może być biały, zmieszany z warzywami lub cudownie ostry, w czerwonawym kolorze, którego dodaje mu sos pomidorowy.

    Na początek przystawka: najpopularniejsza to krewetki w sosie czosnkowym. Serwowane z ryżem są już daniem głównym. Niby to proste w przygotowaniu, ale w każdym miejscu smakuje inaczej. Najsmaczniejsze są chrupiące krewetki podawane w żeliwnym rondelku. Do tego malutkie kawałeczki ostrej papryki. Warto wiedzieć, że gambijska, przypominająca niewielkie, pomarszczone pomidorki papryka, ma wyjątkowo mocny smak. Przeznaczony wyłącznie dla odważnych.

    Świeże kalmary grillowane z sosem z cytryny i również serwowane z ryżem w ogóle nie wymagają rekomendacji. Zatrzymajmy się więc przy potrawie o nazwie benechin. Znowu, niby proste, ale jak smakuje. Benechin to czerwony ryż (gotowany w sosie pomidorowym z papryką) z kawałkami ryby duszonej w sosie czosnkowym z marchewką i innymi warzywami, obłożonej dodatkowo smażoną cebulą. Yassa natomiast to grillowany kurczak, wcześniej marynowany w sosie ogórkowo-cytrynowym. Czasami, zamiast kurczaka podaje się rybę albo wołowinę.

    Wegetarianie mają w Gambii ciężko. Co prawda mogą zamówić potrawkę z duszonych warzyw, jednak zawsze będzie ona pachniała podejrzanie kurczakiem. Poza tym, w tym niezwykle biednym kraju trudno zrozumieć, dlaczego, mogąc pozwolić sobie na mięso, ktoś wybiera jedzenie warzyw! Zupełnie inaczej jest jednak w lokalnych barach albo w domach prywatnych. Tutaj częściej można znaleźć warzywa, zaś to co trafi na talerz jest zależne od zasobności kieszeni. Biesiadowanie w nadbrzeżnych restauracjach to w przeliczeniu na złoty wydatek około 60 – 90 złotych za obiad dla dwóch osób. W tradycyjnej, lokalnej knajpce to samo danie, choć już nie tak ładnie podane będzie wydatkiem 5-6 złotych za porcję. W gambijskich jadłodajniach, podobnie jak w domach króluje domodah. Co dziwne, trudno znaleźć to danie w restauracjach droższych. To najogólniej ujmując domodah to mięso lub ryba duszone z warzywami w sosie z orzeszków ziemnych.

    Jak powszechnie wiadomo nic tak dobrze nie robi, jak kieliszek dobrego wina do obiadu, albo zimne piwo w upalny wieczór. Choć Gambia ma swoje lokalne piwo, koniecznie trzeba tu skosztować, nazwijmy to, specjałów domowych. Czyli, mówiąc wprost, afrykańskiego bimbru. We wsi Yuna działa jedna z najsławniejszych destylarni w kraju. Pod czujnym okiem starszego już pana, na którego wszyscy mówią wujek John produkuje się wino palmowe. To właściwie domowa wódka, niezwykle mocna i powalająca z tą samą mocą. Szybko fermentuje i dlatego nie można jej zabrać do domu. Destylacja odbywa się na podwórku, w pobliżu toalety, a cała „fabryka” składa się z beczki i odpowiednio biegnących od niej rurek.

    W rejonie Kombo natomiast angielska rodzina wykupiła inną destylarnię i produkuje teraz owocowe likiery – około 85 zł za butelkę. Wszystkie zawierają 20 proc. alkoholu. I tak Coco Lemunacoomo składa się z kokosów, limonki i bananów. N Ta Lem to połączenie czekolady z mandarynkami. Wonjo natomiast jest typowo lokalnym napojem produkowanym z kwiatów hibiskusa.

    Nie każdy jednak chętnie eksperymentuje. Dlatego, głównie z myślą o Anglikach, w każdej niemal restauracji „dla turystów” można zamówić „chips and fish” czyli frytki z rybą w cieście, a także hamburgery. Gambijczyków nic nie dziwi, choć wielu turystów niemal dwu, trzykrotnie przerasta ich gabarytami. Zresztą kochanego ciałka nigdy dosyć. Tyle tylko, że szkoda lecieć przez pół świata, żeby znowu jeść frytki. Wiadomo jednak, że Anglicy to tradycjonaliści.
    Joanna Lamparska

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *