stuhr6
  • Makarony to moja specjalność

  • Z Jerzym Stuhrem, aktorem i reżyserem, który gościł w Zielonej Górze podczas Międzynarodowego Festiwalu Kina Autorskiego Quest Europe, rozmawia Danuta Kuleszyńska.

    Dlaczego został Pan aktorem, skoro drzemała w Panu również dusza restauratora?
    Nie tylko restauratora. W sumie żałuję, że zostałem aktorem, bo chciałem być pisarzem.
    Wszystko jeszcze przed Panem.
    Już chyba trochę za późno.
    Na odkrywanie talentów nigdy nie jest za późno.
    To prawda. Sztuka, jeśli się ją uprawia w jakiejkolwiek formie, jest dążeniem do wolności. I teraz pytanie: kto jest najbliżej tego wszystkiego? Chyba pisarz właśnie, bo on ma pełną wolność tworzenia. Ja piszę jedynie scenariusze, ale to zaledwie substytut moich nie zrealizowanych marzeń.
    Ale wróćmy do gastronomii. Ponoć Pana dziadek był restauratorem.
    I to pełną gębą! Miał nawet porcelanowy serwis ze swoją podobizną, który dostałem po nim w spadku. Stoi ten serwis u mnie w domu i nikomu nie pozwalam ruszać, choć goście często proszą, by im herbaty w rodowej filiżance podać. Ale zawsze odmawiam. Jeszcze by stłukli… Po dziadku odziedziczyłem w genach ciągoty do bycia restauratorem. I jestem nim, ale tylko we własnym domu (śmiech). Na przykład nikomu nie pozwalam tknąć stołu, bo jego przygotowanie do obiadu, czy uroczystej kolacji, to wyłącznie moja specjalność. Bo stół proszę pani, musi być odpowiednio rozporządzony. Nie może nóż na odwrót leżeć, widelec niedbale, czy serwetka nie podłożona odpowiednio. Więc nikomu nie pozwalam stołu układać, bo wiem, że zrobią to źle.
    Pomówmy teraz o jedzeniu. Zauważyłam, że nie spróbował Pan pysznych ciast, jakie zaserwowały mieszkanki gminy Świdnica, podczas pańskiego spotkania w letnickim zborze, gdy w sierpniu odbierał Pan statuetkę Wielkiego Ukłony. Te ciacha aż prosiły się, by je zjeść!
    Nigdy nie byłem łasuchem, od dziecka nie przepadam za słodkościami. Moja mama bardzo cierpiała z tego powodu, bo zawsze takie cudne i pyszne ciasteczka piekła, a ja ich nie ruszałem. I nie mogła tego zrozumieć. Słodkich rzeczy do dziś nie jadam.
    Oj, to dużo Pan traci….
    Być może.
    Schudł Pan ostatnio. Słyszałam, że się Pan intensywnie odchudza.
    No zauważyła pani (śmiech). Schudłem kilkanaście kilo, to prawda, ale wcale nie odchudzam się intensywnie. Ktoś mi poradził bardzo prostą metodę i wszystkim ją polecam: wystarczy nie jeść chleba. I wszystkich jego pochodnych. Późnych kolacji też unikam.
    Co do kolacji, to się z Panem zgadzam, ale życia bez chleba to już sobie nie wyobrażam.
    A jednak żyć można, jak Pani widzi. Bułeczek i chleba nie jadam i czuję się świetnie.
    To w czym Pan gustuje?
    Dobra whisky…No co tam jeszcze…
    Ale ja nie o trunki pytam. O jedzonko! Za jaką kuchnią Pan przepada?
    Nooo, ponieważ przez wiele lat we Włoszech pracowałem, to oczywiście makarony we wszystkich postaciach! Ubóstwiam! Ale niestety ostatnio właśnie zabroniłem sobie zajadać się makaronami. To z uwagi na odchudzanie, bo tuczą. Wie pani, że gdy siedzę w restauracji włoskiej i jem karczocha, a obok mnie ludzie wtrząchają makaron i tak dalej, to ja pytam dlaczego, dlaczego, dlaczego muszę tak cierpieć, żeby karczocha jakiegoś wsuwać!!
    Prosta sprawa: odkładamy karczocha, zamawiamy makaron. Po co się katować?
    No tak, ale ja sobie założyłem, że z makaronów rezygnuję i muszę słowa dotrzymać.
    A pichcić Pan lubi?
    Tak, ale tylko makarony. W domu gotuję tylko ja, nikomu z rodziny nie dam się tknąć. Innych dań nie pichcę, bo jestem wyłącznie specjalistą od „pasta italiana”.
    Skoro Pan jest takim specjalistą, to proszę zdradzić nam przepis na dobry makaron.
    Gotowanie makaronu to pozornie prosta czynność, ale to nie tak, że się samo ugotuje. To trzeba przy tym stać, próbować po nitce czy już jest al dente, czy jeszcze nie jest… I jak tę nitkę wyciągnąć z wody, żeby jeszcze była twarda, a jednocześnie żeby już doszła i tak ją ciąąągnąć trzeba… I sosem polać… No, to wielka sztuka takie gotowanie, wręcz tajemnica. A jeszcze do tego sos zrobić trzeba, żeby nie przesolić…
    Stanie przy garach sprawia Panu frajdę?
    Ogromną. I zawsze przy tym jest emocja straszliwa.
    I tak te makarony mieszając, o czym Pan rozmyśla?
    Czy domownikom posmakuje. A już największą satysfakcję sprawia mi wnuczka, gdy mówi: tylko dziadek umie zrobić makaron.
    Do makaronu jakie winko Pan poleci?
    W domu o to się zawsze kłócimy, bo rodzina cała chce pić czerwone, a ja wyłącznie białe wytrawne. Lubię białe wino i cieszę się, że w Zielonej Górze podczas festiwalu Quest Europe dostałem kilka butelek. I będę je w domu degustował!
    Mamy nadzieję, że wróci Pan do nas po kolejne butelki.
    Bardzo bym chciał… Myślę, że wrócę na pewno, bo ostatnio współpracuję z Krystyną Jandą w Teatrze Polonia, z wielkim zresztą sukcesem. Gramy spektakl według jednoaktówek Czechowa i na pewno jak znam Krysię, to tutaj przyjedziemy.
    Dziękuję za rozmowę.

    Zdjęcia:
    Krzysztof Filmanowicz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *