woda
  • Pić albo nie pić? Oto jest pytanie

  •  

    Właśnie piłam rano kawę, kiedy sąsiad przysłał mi sms: „Cześć, był komunikat, że w wodzie są bakterie coli”. W wodzie, z której zrobiłam sobie kawę? W wodzie, którą umyłam zęby? W wodzie, w której się wykąpałam?

    Był piątek, 15 września. Wcześniej, co jakiś czas dowiadywałam się, że gdzieś w Polsce w wodociągu wykryto bakterie coli, więc mieszkańcom podstawiono beczkowozy z wodą. Aż tu nagle coś takiego w mojej wsi Sucha? Dla ścisłości – w Zielonej Górze, w dzielnicy Nowe Miasto, w sołectwie Sucha (żeby żaden formalista się nie czepiał, bo przecież wsi Sucha nie ma).
    W domu miałam tylko jedną napoczętą butelkę mineralnej. Więc szybko do Drzonkowa do sklepu.
    – Pewnie już pani słyszała, że mamy colę w wodzie? – spytałam sprzedawczynię.
    – Pani tę wodę z colą pije już od kilku dni – odpowiedziała spokojnie.
    – Jak to od kilku dni?!
    – W poniedziałek sanepid pobrał próbkę wody w naszej szkole i wykrył tam bakterie.
    (kto jest najlepiej poinformowany we wsi, jak nie sprzedawczynie, prawda?)
    – W poniedziałek, jedenastego? A w piątek nas powiadamiają?
    – Tak – potwierdziła.
    – Ale nic mi nie jest – zdziwiłam się.
    – To niech się pani cieszy. Ile butelek?
    – Może dwie zgrzewki…
    – Pani nie panikuje! Bakteria jest tylko w naszej szkole i w przedszkolu w Raculi. Hula tam sobie w zamkniętym obiegu. W wodociągu jej nie ma – powiedział facet stojący za mną.
    – Skąd pan to wie?
    – Słyszałem.
    – To są te bakterie w naszej wodzie, czy ich nie ma?
    – Pani kochana, a kto ich tam wie… – facet zaczął się denerwować, bo przyszedł po piwo, a nie na dyskusję o bakteriach coli.

    Wróciłam do domu.
    Już chciałam nalać do czajnika wodę na herbatę, ale tam przecież resztki wody z colą. Wylałam i odruchowo chciałam wypłukać czajnik wodą z kranu. Ale jak, skoro ona z colą? W końcu, w stalowym garnuszku, zagotowałam mineralkę z butelki.
    Odpaliłam laptop. Na stronie Zielonogórskich Wodociągów i Kanalizacji na samej górze duży komunikat. Ale nie o bakteriach w wodzie, tylko o tym, żeby ludzie przyłączali się do sieci kanalizacyjnej. Chciałabym, ale kanalizacji nie mam. Potem długo różne różności, aż w końcu po lewej stronie, w rubryce Wiadomości, apel „Pij wodę z kranu na zdrowie”. Kliknęłam, a tam artykuł o tym, że i dyrektor ZWiK-u, i radny Robert Górski z żoną i trojaczkami, i jeszcze dwaj inni radni piją wodę z kranu bez przegotowania. Pij i ty!
    Dopiero po chwili zauważyłam, że po prawej stronie są komunikaty o zakłóceniach w dostarczaniu wody. O godz. 8.29 w piątek, czyli godzinę (!) po tym, jak dostałam sms od sąsiada o coli w wodzie, pojawiła się na stronie ZWiK-u pierwsza wiadomość o braku przydatności do spożycia wody z wodociągu Zielona Góra Zatonie. No i masz babo placek! Więc jednak!
    Zaczęłam czytać i… przeczytałam jeszcze raz. W tytule informacji jak byk stało, że woda z wodociągu jest niezdatna do spożycia. Ale kawałek dalej było napisane, że „Woda pitna dostarczana do sieci wodociągowej ze Stacji Uzdatniania wody ZATONIE była i jest zdatna do picia pod względem bakteriologicznym. Potwierdzają to badania laboratorium Spółki oraz Powiatowej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej w Zielonej Górze.” Przy okazji dowiedziałam się, że woda z tej stacji dostarczana jest do Zatonia, Barcikowic, Drzonkowa, Suchej, Ługowa, Marzęcina i Raculi. W sumie pije ją 5.200 luda. A także, że skażenie bakteriologiczne stwierdzono w próbkach wody pobranych z instalacji wewnętrznej szkoły w Drzonkowie i przedszkola w Raculi. Czyli tak, jak mówił w sklepie facet od piwa.

    No fajnie… I co dalej?
    Ja w nerwach, ale najbardziej w nerwach musiał być prezes ZWiK-u. Z jego prasowych i radiowych wypowiedzi wynikało jednoznacznie, że jest oburzony, że Sanepid w czwartek, 14 września, wydał decyzję o braku przydatności do spożycia wody z ujęcia w Zatoniu dla wszystkich użytkowników tej wody. Skoro instalacje wewnętrzne w szkole i przedszkolu nie mają wpływu na to, jaka jest woda w całej sieci, to czy konieczna była aż tak drastyczna decyzja? Skoro on miał wątpliwości, to co dopiero ja, laik?
    Trudno jednak dyskutować z Sanepidem, który ma przecież swoje przepisy i najlepiej jak potrafi dba o zdrowie pijących wodę mieszkańców, takich jak ja. ZWiK więc decyzję Sanepidu wykonał. Dziwiąc się tylko, dlaczego – skoro było takie bakteriologiczne zagrożenie dla tylu tysięcy mieszkańców – Sanepid zawiadomił go dopiero w czwartek, i to nie skoro świt. Inni z kolei dziwili się, dlaczego ZWiK podał komunikat o wodzie niezdatnej do spożycia dopiero w piątek, skoro już w czwartek wiedział. Albo nie traktowano zagrożenia zbyt poważnie (bakterii w próbkach ze szkoły i przedszkola było bardzo mało, a woda w ujęciu Zatonie – czysta), albo po prostu biurokratyczna machina szybciej działać nie potrafi. Zresztą na stronie Urzędu Miasta informacja też pojawiła się dopiero w piątek po dziesiątej.
    Przy okazji przećwiczyłam na własnej skórze, że nie wystarczy wpisać w wyszukiwarkę np. Powiatowa Stacja Sanitarno-Epidemiologiczna w Zielonej Górze, żeby na jej głównej stronie znaleźć komunikat o skażonej wodzie. Metodą prób i błędów doszłam do tego, że trzeba szukać strony edukacyjnej PSSE w Zielonej, czyli wpisać: edu.wsse.gorzow.pl/zielonagora itd. No cóż…
    Zresztą co tu narzekać na tempo informowania zwykłych mieszkańców, skoro o tym, że dzieci piją wodę z colą dyrekcja szkoły w Drzonkowie dowiedziała się dopiero w czwartek o 12.00 od pań z Sanepidu, które przyjechały z tą informacją. Przedszkole w Raculi poinformowano o 14.00. A sołtyskę Raculi o 16.00. Tylko takim naiwniakom jak ja, może się wydawać, że w dobie smartfonów i internetu dałoby się to zrobić wcześniej. Choćby w środę.
    W końcu jednak jakoś się ta wiadomość po ludziach rozeszła. Zwłaszcza, kiedy we wszystkich sołectwach stanęły beczkowozy z napisem WODA. W Raculi dowcipniś dodał do „o” kreseczkę.

    I z wody zrobiła się wóda.
    Ponieważ, zgodnie z zaleceniami, wody z wodociągu wolno było używać tylko do spłukiwania toalety, w kuchni rosła mi góra nieumytych garów. Ja zarastałam brudem, aż wpadłam na pomysł, żeby ożywić życie towarzyskie, a przy okazji brać kąpiel po ludziach. Wodę na herbatę wciąż gotowałam w stalowym garnuszku. Z myciem rąk był problem, bo strasznie szybko zużywała się „dozwolona” woda z beczkowozu lub butelki. Jakie to szczęście, że nie mam już małych dzieci, pocieszałam się.
    W poniedziałek uznałam, że wystarczy tych cierpień. Skoro w kolejnych komunikatach ZWiK uparcie powtarza, że woda z ujęcia w Zatoniu jest bez bakterii, a mimo to wciąż obowiązuje zakaz jej używania, to może trzeba darować sobie zakazy, wziąć prysznic i umyć gary.
    Dopiero w środę 20 września komunikatem o 15.12 Sanepid odwołał alarm. O godz. 15.20 także ZWiK potwierdził, że woda z ujęcia w Zatoniu jest zdatna do spożycia.

    Jaki morał z tej całej opowieści?
    Taki, że jeśli kiedyś zdarzy się naprawdę duże zagrożenie bakteriami coli, to zanim zostaniemy ostrzeżeni, pochorujemy się wszyscy jak nic. Poza tym ludzie w naszych sołectwach, nawet jeśli jakimś cudem usłyszą ostrzeżenia na czas, podejdą do nich z rezerwą. Bo już raz to niepoważnie wyglądające zamieszanie przeżyli. Przecież do dziś nie wiedzą tak na sto procent, czy co najmniej od 11 do 15 września, kiedy wprowadzono zakaz, pili wodę z colą czy wodę bez coli? Raczej to drugie, ale…
    Przy okazji wyszło, że nie ma sprawnego systemu powiadamiania z zagrożeniach. Może na przykład sms-owego? Stron Sanepidu, ZWiK-u czy Urzędu Miasta zwykły śmiertelnik przecież na co dzień nie śledzi. W dobie smartfonów, internetu i sztabów kryzysowych najbardziej sprawdzili się strażacy ochotnicy, sołtysi, sklepowe i poczta pantoflowa.
    Grażyna Zwolińska

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *