osmiornice
  • Pieszo po Gran Canarii

  • Nordic walking to bardzo fajne zajęcie, jeszcze lepsze gdy można go uprawiać w przyjemnej temperaturze. W styczniu trudno taką znaleźć w Polsce, ale na Gran Canarii, jak najbardziej. Mała grupką, w ciągu 5 dni, zdeptaliśmy Las Palmas i Galdar. W sumie 97 km. Minęliśmy po drodze wiele ciekawych miejsc oraz mnóstwo smakowitych restauracyjek i barów.

    W Las Palmas jednym z głównych miejsc odwiedzanych masowo przez turystów jest plaża Las Canteras. Nieskrywany skarb stolicy wyspy. Jest perłą, której miasto nie kryje przed światem. Długi na kilka kilometrów pas piasku, rozciągający się wzdłuż całej zatoki. Miejsce o szczególnym uroku. Mieszkańcy miasta wciąż powtarzają, że to jedna z najlepszych plaż miejskich w Hiszpanii. I mają powody, by właśnie tak myśleć. Jest to bowiem plaża, na której piękna pogoda panuje niemal przez cały rok. Miejsce odpoczynku od zgiełku miasta, gdzie czas staje w miejscu. Taki rodzaj Central Parku w wersji nadmorskiej. Można tu uprawiać sport przez wszystkie dni tygodnia, będąc w bikini, spodenkach kąpielowych czy na desce surfingowej. Ponadto, jest to wielki rezerwat życia morskiego. Tutejsze dno morskie stanowi schronienie dla wielu gatunków ryb. Na dodatek Las Canteras posiada coś wyjątkowego. Charakterystyczną barierę, którą miejscowi nazywają „La Barra”, będącą długim ciągiem formacji skalnych niedaleko od brzegu. Ten swoisty rząd wulkanicznych skał chroni większą część plaży od wysokich fal. Jest to jakby linia kamieni, dzięki którym zatoka jest jednym z najlepszych miejsc na naszej półkuli do praktyk pływackich, pozwalając kąpielowiczom na chodzenie po płytkiej wodzie w czasie odpływu. A jeśli mowa o chodzeniu, polecamy spacer długą promenadą biegnącą wzdłuż plaży, pełną kawiarni i lodziarni. Można też zobaczyć tarasy skalne dzielnicy La Puntilla i restauracje słynące z dań ze świeżo złowionych ryb. Jedną taką upodobaliśmy sobie szczególnie. To Amigo Camilo, gdzie podają wszystko co można złowić w morzu, w towarzystwie papas arrugadas czyli pomarszczonych małych zmieniaków, gotowanej w niewielkie ilości wody z dodatkiem sporej ilości soli. Do tego oczywiście sosy mojo verde (zielony, łagodny) i mojo picon (czerwony, ostry). Idealne uzupełnienie do grillowanych ryb, choć nie tylko. Zanim jednak dostanie się stoli, trzeba odstać swoje w kolejce (15-30 minut), ale naprawdę warto wykazać trochę cierpliwości. Bo nie dość, że dania są wyśmienite, to jeszcze ceny są średnio o połowę niższe niż na całej promenadzie. Jak już zajmiemy miejsce, kelnerka zaprosi nas do lodówek, by pośród wszystkich owoców morza wybrać to na co mamy ochotę. Podczas kilku wizyt zamówiliśmy grillowane ośmiornice, małże, krewetki, langustynki, małe rybki w panierce i duże ryby grillowane. Wszystko palce lizać.
    Las Palmas to także bardzo stare miasto i jest tu sporo do zobaczenia. Polecana przez wszystkie przewodniki Vegueta, która pod koniec XV wieku była centrum miasta. Na jej placach znajdują się historyczne budynki takie jak Casa de Colón (Dom Kolumba), katedra Santa Ana (Katedra św. Anny), Museo Canario (Muzeum Kanaryjskie), Gabinete Literario (Biuro Literackie), Ratusz i Centro Atlántico de Arte Moderno (Centrum Atlantyckiego Sztuki Nowoczesnej). Szeroka oferta handlowa starego miasta ciągnie się wzdłuż Rynku, zbudowanego w 1856 r., a także przez ulicę handlową Triana. Dzielnica pozwalająca cieszyć się kulturą i rozrywką. W sąsiedztwie antycznego kanału wąwozu Guiniguada, naprzeciwko teatru Pérez Galdós, który nosi nazwę po słynnym synu Veguety, otwiera się szeroka oferta miejskich spacerów po brukowanych ulicach i malowniczych zakątkach. Zwiedzający podczas wycieczki mogą zasmakować głębokiego smaku historycznego poprzez zwiedzanie różnych stylów artystycznych, takich jak późny gotyk czy renesans.
    W trakcie marszu można wpaść do któregoś baru tapas i schrupać kilka kanapek. Na obiad właściwy polecamy (oddalony kawałek od tej historycznej dzielnicy) argentyńską knajpkę El Almacen. Tu też trzeba odczekać w kolejce, bo stolików jest pięć. Około pół godziny. Po zajęciu miejsc zamówiliśmy oczywiście smakołyki argentyńskie. Kilka przystawek, głównie pieczone, faszeroane mięsem i przyprawami pierogi (empanadas). Potem dania główne. Dwa rodzaje steków, popijane młodym winem szczepu Malbec. Na deser kawa barraquitos. Uczta po prostu.
    Stolica nie zawsze oddaje klimat lokalności, dlatego warto wybrać się na prowincję. Padło na miasteczko Galdar, kiedyś stolicę północnej części wyspy, a dzisiaj raczej senną osadę, z pięknym deptakiem przy którym znajduje się hala targowa. Hala wypełniona owocami i warzywami. Piękny zapach i piękny widok. I oczywiście smak, no. Miejscowych bananów, które smakują nieco inaczej niż te do których jesteśmy przyzwyczajeni.
    Galdar ściąga turystów z dwóch powodów – przede wszystkim z Parku Archeologicznego Grota Malowideł (Museo y Parque Arqueologico Cueva Pintada) oraz monumentalna świątynia – Kościół św. Jakuba. Świątynia jest jednak otwarta tylko w godzinach dopołudniowych, a także pół godziny przed rozpoczęciem mszy świętej.
    Park Archeologiczny to z kolei niezwykle ciekawe miejsce pozwalające poznać życie pierwotnych mieszkańców wyspy. Znajduje się w zasadzie w centrum miasta, nieopodal starówki z centralnie położonym kościołem. Stamtąd zresztą prowadzą tu liczne znaki.
    W XIX wieku odkryto na tym terenie kilkadziesiąt jaskiń – domostw oraz domów z kamienia. Najbardziej okazałą jest Cueva Pintada. Mamy tu część muzealną z eksponatami, a także stanowisko archeologiczne, które zwiedzamy sami bądź z przewodnikiem. Zachowały się tutaj liczne zabytki, jak Zielona Chrzcielnica. Jaskinie pochodzą z okresu od VI do XVI wieku.
    Galdar to bardzo sympatyczne miejsce na nordic walking. Po zwiedzeniu miasta warto pójść na plażę. Kijki przydają się zwłaszcza drodze powrotnej. Jest dosyć stromo. Po wysiłku przychodzi pora na obiad. Trafiliśmy do lokalnego baru, gdzie obecni są tylko miejscowi. Ceny niskie, atmosfera swobodna, jedzenie bardzo dobre. Tu zjedliśmy kalmary w sosie i coś o nazwie ropas rojas.
    Czas szybko leci i trzeba było wracać. To co zjedliśmy, spaliliśmy w trakcie tych 97 kilometrów, więc jesteśmy rozgrzeszeni. Jeśli po przeczytaniu tego tekstu, ktoś z Was pomyślał, „może warto polecieć”, my mówimy, „warto!”. Lećcie jak najszybciej.
    red

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *