lizbona
  • Portugalia prowincjonalna

  • Jak chyba każdemu, Portugalia kojarzy mi się głównie z Lizboną i Porto, ewentualnie z Faro, gdzie piękne plaże czekają na turystów. Kilka lat temu miałem szczęście być w tych miejscach i teraz zapragnąłem zobaczyć ten kraj raz jeszcze. Ale tym razem wybrałem Portugalię prowincjonalną, a jako środka lokomocji użyłem… roweru.

    Ruszyłem z Lizbony na północ do nadmorskiego miasta Peniche. Pierwsze kilometry wiodły wyżynnymi serpentynami, ukazując fantastyczny krajobraz, który zapierał dech w piersiach. Czasem dosłownie, bo podjazdy były bardzo strome.

    Pierwszym, większym miastem, jakie spotykałem na trasie jest Mafra, około 35 km od Lizbony. Miejscowość znana głównie z barokowego zespołu pałacowo-klasztornego, który został wybudowany za panowania Jana V. Wspaniała budowla. Historia powstania i budowy jest kanwą powieści „Baltazar i Blimunda”, napisanej przez Jose Saramago. Autor jest laureatem Nagrody Nobla.

    Popijając espresso w lokalnej kafejce i zjadając kolejne ciastko podobne do Pasteis de Belem, można sycić oczy wspaniałą architekturą. A propos ciasteczek. Ich historia zaczęła się już pod koniec XVII wieku. Wypełnione waniliowym budyniem babeczki uważane są za najsmaczniejszy deser całej Portugalii.

    Napisałem podobne, bo przepis na Pastéis de Belém jest pilnie strzeżoną tajemnicą. Zna go tylko kilka osób na świecie i są to wybrani pracownicy lizbońskiej kawiarnio-cukierni „Casa de Pasteis de Belém”. Zresztą, tylko tam można je kupić z certyfikatem oryginalności. Ja jednak zapewniam, że te bez certyfikatu są równie wyjątkowe.

    Trzeba jednak ruszać dalej. Jadę w stronę Peniche, nadmorskiej miejscowości, w której zaplanowałem pierwszy nocleg. Po drodze mijam Sao Pedro de Cadeira, Silveirę, Ribamar i Lourinhę. Typowe, małe, urocze miasteczka, z kilkoma kafejkami i tubylcami siedzącymi przed domami lub grającymi w karty. Do celu pierwszego etapu dotarłem wieczorem i dopiero nazajutrz mogłem obejrzeć miasteczko nad Atlantykiem. Nocowałem na skalistym cyplu Cabo Carvoeiro, drugim najbardziej wysuniętym na zachód punktem Europy. Miasteczko położone jest na zboczach klifów. W związku z tym, że tutejszy klimat nie sprzyja rozwojowi turystyki, miejscowi skupili się na tradycji rybackiej. Nad miastem góruje twierdza, która kiedyś była więzieniem, a dzisiaj mieści się tu muzeum. Warto popłynąć na wyspę Berlenga (ja, niestety, nie miałem czasu), na której mieści się zajazd w XVII-wiecznej fortecy, latarnia morska i kilka chatek rybackich. Podobno najwięcej wrażeń dostarczają wycieczki na rafy koralowe i wizyta w morskim tunelu Furado Grande. Może następnym razem uda się to zobaczyć…

    Drugi etap prowadził do Leiry, przez Obidos i Nazare. Zbliżając się do tego pierwszego miasteczka, z daleka widać duży zamek i miejskie mury. Wjeżdżając na starówkę ma się wrażenie, że czas stanął w miejscu. Nie ma tu żadnego nowego budynku. Domy otacza labirynt uliczek, a niebieskie i białe kolory wraz wielką ilością kwiatów robią niesamowite wrażenie. Miasto było kiedyś okupowane przez Maurów, a dopiero potem przeszło w ręce chrześcijan. Po smacznym obiedzie ruszyłem w stronę Nazare. Rybackie miasto nad szeroką zatoką. Plaże chętnie odwiedzane przez wielu turystów. Sporo niedużych hotelików i restauracji, które oferują głównie owoce morza. W sklepach z pamiątkami w oczy rzucają się tradycyjne stroje regionalne. Trudniej je zobaczyć na ulicy, ale podobno niektóre kobiety nadal pod czarnymi lub kolorowymi spódnicami noszą wielobarwne halki, a na głowach zawiązują czarne chusty. Mężczyźni chodzą w tradycyjnych, wełnianych bluzach w kratę. Nazwa Nazare pochodzi od wizerunku Maryi Dziewicy, który pewien mnich przywiózł w IV wieku z Nazaretu.

    Leira była dla mnie tylko miejscem do noclegu. Zaplanowałem bowiem wycieczkę (autobusem) do Fatimy. Do tego słynnego sanktuarium przybywa rocznie ponad 2 miliony pielgrzymów. To jedno z największych miejsc kultu w Europie Zachodniej. 13 maja 1917 roku, trojgu dzieci (Franciszek i Hiacynta zmarli w młodości, a Łucja została karmelitką w Coimbrze) ukazała się Matka Boska. Objawienia powtarzały się przez 5 kolejnych miesięcy. Zawsze 13 dnia kolejnego miesiąca. Fatima stała się kluczowym elementem odrodzenia się katolicyzmu w lata 20. i 30. XX wieku.

    Obecnie trwa remont sanktuarium i nie można zwiedzać świątyni. Matka Boska eksponowana jest w kaplicy na placu. Warto przypomnieć, że Jan Paweł II zawierzył swoje życie Matce Boskiej Różańcowej. Po nieudanym zamachu (wg niektórych to o nim mówiła trzecia tajemnica fatimska) Ojciec Święty powiedział: „Jedna ręka trzymała rewolwer, ale Inna Ręka prowadziła kulę”.

    Nazajutrz ruszyłem w stronę Figueira da Foz, które okazało się uprzemysłowionym miasteczkiem u ujścia rzeki Mondego. Fantastyczny widok, zwłaszcza z wysokiego, wiszącego mostu, którym musiałem przejechać, by dostać się do centrum. Największym atutem tego miejsca są plaże. Niewyobrażalnie szerokie i piękne, a na nich kolorowe chatki. Naprawdę wyjątkowe.

    Kolejny etap doprowadził mnie do Aveiro, nazywanego portugalską Wenecją. Po sieci kanałów pływają łódki podobne do weneckich gondoli. Jednak do oryginału i sieć (bardzo krótka), i gondole mają dosyć daleko. W XVI wieku miasto było centrum handlowym, skąd eksportowano różne towary. Dzisiaj warto zrobić sobie spacer po centrum i sycić wzrok piękną architekturą. Wzrok przykuwa ratusz, kościół Miesericordia, klasztor Karmelitów Bosych i katedra Sao Domingos. Warto odwiedzić także Parque Dom Infante Pedro, gdzie można odpocząć pośród kwiatów, pięknych drzew i niedużego stawu.

    Niewiele napisałem o jedzeniu, a warto choćby wspomnieć. Stołowałem się głównie w małych miasteczkach, a nawet wioskach, gdzie nie ma długich jadłospisów, a ceny wahają się od 6 do 7 euro. NAPRAWDĘ!!! I żeby nie było: przystawka, danie główne, deser, kawa i woda. Zatrzymywałem się także przy drodze, gdy widziałem miejscowych rolników ze swoimi produktami. Do wyboru: kasztany, warzywa i owoce. Kilogram mandarynek? Około 1 euro za kilogram.

    Po Aveiro czekał mnie ostatni etap do Porto. Bardzo mi było szkoda, że już koniec. W towarzystwie słońca i 24 stopni dojechałem do celu i wybrałem się na zasłużoną kolację z dodatkiem miejscowego porto. O mieście pisałem już kiedyś w tym miejscu, więc nie będę się powtarzał.

    (red)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *