holandia
  • Serowe łby i piersiaste torciki

  • Przyznaję, to ciasto mnie zaskoczyło. Tym bardziej, że było pierwszym kulinarnym spotkaniem z Holandią. Niewielki torcik z wielkimi, czekoladowymi piersiami na wierzchu zdobił napis: „Happy breast day” – „Szczęśliwego biuściastego dnia” zamiast standardowego „Happy birthday”, czyli „Szczęśliwego dnia urodzin”. Słodki krążek w charakterze eksponatu leżał sobie spokojnie za szybą w najsłynniejszej „placówce kulturalnej” Amsterdamu; Muzeum Seksu zwanego tutaj inaczej Świątynią Wenus. Wzbudzał sensację u wszystkich zwiedzających. 

    Wkrótce okazać się miało, że Holendrzy uwielbiają wszelkie słodkości, przed nimi stawiając jedyne tradycyjne żółte sery, wśród nich te najpopularniejsze; Goudę i Edam. Zacznijmy jednak na odwrót. Od deserów. O ile najlepsze kasztany są na placu Pigalle w Paryżu, to najpyszniejsze herbatniki i czekoladki w Zelandii, krainie położonej na zachodnim wybrzeżu kraju.

    Tutaj właśnie, wieki temu, portugalscy Żydzi przywieźli pierwsze bolusy, okrągłe, małe i bardzo słodkie chlebki, przypominające raczej duże bułki. Bolusy najlepsze są na ciepło, z masłem i świeżo parzoną kawą. Można je kupić za jedno, dwa euro w całym kraju. W każdym sklepie, na każdym targu. Wszędzie stoją też stoiska z… goframi, nieco mniejszymi niż te w Polsce i najczęściej okrągłymi. Na ogół podawane są z gęstym syropem lub bitą śmietaną. Holenderską specjalnością są jednak wafle oraz kruche ciasteczka z cynamonem i masą migdałową. W ekskluzywnych sklepach sprzedaje się je w pięknych puszkach, których cena wielokrotnie przekracza wartość samych słodyczy. Na festynach natomiast ich pokruszone kawałki pakowane są do plastikowych worków i w takiej formie oferowane łasuchom. Urodziny, święta i rocznice czci się zaś tortami ze zdjęciem. Cukiernik za pomocą specjalnej techniki nanosi wybraną fotografię na wafel i ozdabia nim wierzchołek tortu. Taki wafel to nie tylko ozdoba, ale i niezłe źródło informacji. Swój torcik ze zdjęciem dostają nawet… psy czy koty, uwielbiane przez swoich właścicieli.

    Myli się ten, kto sądzi, że holenderska kuchnia może czymś zaskoczyć. Od dawna funkcjonuje powiedzenie, że tutejszej sztuce gotowania brakuje kogoś takiego, kim dla malarstwa był Rembrandt. Dlatego może w stolicy kraju aż roi się od dalekowschodnich barów i restauracji, głównie indonezyjskich.
    Można smacznie zjeść już za 6-10 euro, ale będą to głównie potrawy orientalne. Samo centrum wygląda jak chińska dzielnica – zatłoczone, pachnące sojowymi makaronami, słodko-kwaśnym sosem i kurczakiem w sezamie. Nie brak też arabskich jadłodajni, z kebabami, falafelem i pitą. Na wybrzeżu warto spróbować świeżych małży – 10-12 euro za porcję i pysznych śledzików. Surowe, przyrządzone z cebulą matjasy Holendrzy jedzą w dość specyficzny sposób – odchylają głowę daleko do tyłu, rybkę trzymając za ogon wysoko nad ustami. Wędzone makrele natomiast sprzedaje się wsadzone w białe bułki. Raz na kilka dni atrakcją holenderskich portów jest ważenie gigantycznych węgorzy. Miłośnicy mocniejszych wrażeń z pewnością wybiorą się w Amsterdamie do Dzielnicy Czerwonych Latarni. Pomiędzy witrynami, w których stoją roznegliżowane, jak najbardziej publiczne, damy, aż roi się od pubów i coffie-shopów. Tu dopiero trzeba uważać na to co się zamawia. Coffie-shop to coś w rodzaju kawiarni, a przy okazji legalnej palarni marihuany – lekkie narkotyki są w Holandii dozwolone. Powszechnie tolerowane, choć traktowane jak twardy narkotyk są tzw. kosmiczne ciasteczka, pieczone z haszyszem lub ciasteczka magiczne na bazie halucynogennych grzybków. Nieprzygotowanym mogą zapewnić niekontrolowany odlot…

    Kto nie zna tych nazw: Gouda i Edam? To chyba najpopularniejsze holenderskie sery na świecie. Samych Holendrów zaś nazywa się Serowymi Łbami. Dlaczego? Wieki temu, kiedy niderlandzcy żeglarze atakowani byli przez wroga, najpierw odpowiadali kulami armatnimi. Kiedy jednak zabrakło ciężkiej amunicji rzucali w przeciwnika… serem. Kilkumiesięczny edam jest twardy jak żelazo, a że na ogół ma kształt kuli, świetnie nadawał się do walki. Wróg potrafił docenić nowe metody wojaczki i odbijał piłeczkę, czyli również atakował tym samym serem. Wtedy Holendrzy zakładali na głowy formy do sera, które służyły im za hełmy. I tak zostali Serowymi Łbami. Inna opowieść tłumaczy dlaczego sery są okrągłe. Goudę np. kształtuje się w wielkie koła. Powód jest prosty. Taki ser najłatwiej przetaczać. Kiedy kobiety same musiały sobie radzić w gospodarstwie, bez pomocy mężczyzn, mogły wygodnie przemieszczać ser z jednego miejsca w drugie.
    Pierwsze sery podpuszczkowe zaczęto produkować w Holandii dwa wieki przed narodzeniem Chrystusa. Około 1100 roku niderlandzcy kupcy płacili serem m.in. w niemieckiej Koblencji, a miasteczka Gouda, Edam i Alkmaar miały przywilej organizowania codziennych targów. I tak zostało do dzisiaj, bo te właśnie miejscowości słyną na całym świecie z tradycyjnych „kaasmarket”, czyli wielkich targów serowych.

    Holandia produkuje rocznie 680 mln kg sera, z czego 500 milionów przeznaczone jest na eksport. Sery w czerwonym wosku wyjeżdżają za granicę, te w żółtym zostają. W kraju rozwinęła się prawdziwa turystyka serowa. Przyjezdni mogą zwiedzać farmy serowe, każde miasteczko ma mnóstwo specjalistycznych sklepów, wszystko kręci się wokół sera. Trzy niewielkie krążki goudy można kupić na prezent już za 12 euro. Do tego dostępne są łopatki do sera, talerzyki, nożyki, pudełka i pudełeczka. – W czasie targów serowych sprzedajemy 3 edamy na minutę, Holendrzy naprawdę lubią sery – mówi Sharon Weeshoff, serowa dziewczyna, występująca na targach w ludowym stroju i obowiązkowych drewnianych holenderskich chodakach. Ojciec Sharon jest specjalistą od public relation w dużej firmie produkującej sery. W czasie tradycyjnych targów jeździ z wózkiem i sprzedaje goudy i edamy. W ubiegłym roku razem z córką był w Polsce, w Kaliszu. W ciągu dnia sprzedali 600 kg sera! Z badań wynika, że Polacy jedzą rocznie około 3 kg żółtego sera i że na ogół wierni są jednemu gatunkowi. Francuzi spożywają aż 25 kg serów, Anglicy 10 kg. Holendrzy wolą chyba goudę, uważając, że edam jest trochę za słony. Najśmieszniejsze jest to, że edam i gouda mogą być produkowane na całym świecie. I wszędzie nieco inaczej będą smakować. Holandia od lat stara się w Unii Europejskiej o zastrzeżenie nazw Gouda i Edam. Póki co, bezskutecznie.

    Lidia Kawecka

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *