sapanta
  • Słońce na talerzu

  • Kolorowe jak tłusty keks talerze, obrazy Matki Boskiej na ścianach okraszonych lukrowanymi makatkami, garnuszki wesołe niczym słodkie pączki. Do tego szerokie stoły, długie ławy i sztućce tak ostre, jak tutejsza papryka. Tak wygląda na ogół rumuńska kuchnia. Podobnie jadalnia. I nie jest to obrazek wymyślony na potrzeby turysty. Do stołu podaje nam Maria Stetca, do południa burmistrz miasteczka o nazwie Sapanta, wieczorem szefowa kuchni własnego pensjonatu.

    W czasie świąt, Maria, podobnie jak wszystkie kobiety w okolicy ubiera się w ludowy strój, nastroszoną spódnicę, białą, haftowaną bluzkę, chustkę na głowę i idzie do kościoła. Nie ma daleko, kościół, podobnie jak cmentarz znajdują się po drugiej stronie ulicy.

    Codziennie zjeżdżają tu ludzie z całego świata, żeby obejrzeć najweselsze nagrobki w Europie. Z nich właśnie słynie Sapanta, pomalowane na niebiesko, upstrzone barwnymi obrazkami opowiadają wierszem o życiu ludzi w okolicy. Nie brak na nich również elementów kulinarnych: piekarzy ze złocistymi bułeczkami, gospodyń szykujących ciasto i radosnych kucharzy. To miejsce zawsze będzie mi się będzie kojarzyć z dwoma rzeczami; niebieskością wesołych mogił i wielką, umieszczoną w patio jadalnią Marii Stetcy.

    Rumuńska kuchnia to mozaika wielu wpływów. W ciastach czuć ciężkie tureckie smaki, w daniach obiadowych rosyjskie i austro-węgierskie. Rumuni nauczyli się czerpać z tradycji wielu narodów. Jednak serwowane tu dania to zawsze wariacje na światowe tematy z lokalnymi przyprawami w tle. Tradycyjne śniadanie nie różni się wiele od tego, jadanego w Polsce. Wędliny, jajka, sery, białe pieczywo. Atrakcją jest podawany niekiedy turecki, solony jogurt lub mamałyga. Ta najsławniejsza potrawa rumuńska przyrządzana na gęsto z mąki kukurydzianej. Stąd też jej nazwa: słońce na talerzu. Mamałygę podaje się o każdej porze dnia, można ją zapiec z serem lub z dodatkiem masła i śmietany. To danie nie każdemu przypadnie do gustu. Niektórym przypomina mdły kleik z czasów dzieciństwa, jest jednak ciągle niezwykle popularną potrawą, szczególnie na wsi. O tym ile smaków może mieć mamałyga przekonałam się w Maramureszu, graniczącej z Ukrainą północnej części Rumunii.

    W domu Marii Stetcy mamałyga ma nieco kleistą konsystencję i przelewa się w niej lekko zapieczony ser. Kilka dni później na wielkiej popijawie związanej ze święceniem owiec, na słonecznych górskich polanach, mamałyga pieczona jest nad ogniem, ma czarne boki i obok niej leży zimna i bardzo gęsta śmietana. Pasterze dają nam jeszcze świeżą bryndzę i lekko słodkawy biały ser, który również nie każdemu przypada do gustu. Owcze i kozie sery często przygotowywane są w chatach na górskich stokach, w warunkach, które przyprawiłyby o zawrót głowy każdego pracownika Sanepidu. Kształt nadają im „tobołki” z płótna, przez które odsącza się wodę. Takie sery suszy się potem, a niekiedy wędzi. Nikt ich nie kroi w eleganckie plasterki. Pasterze podają nam grube kawałki albo kostki.
    Popijamy je tradycyjnie piwem i palinką, domową wódką pędzoną ze śliwek. Palinka jest nieodłączną towarzyszką w rumuńskich wsiach. W Nowym Sołońcu, osadzie, w której od ponad 200 lat mieszkają sami Polacy palinkę można kupić u Mateusza, który zaopatruje domową produkcją każdego chętnego. Wchodzi to to szybko i bezboleśnie i od razu uderza do głowy. Nikt oczywiście nie pochwala picia, ale trzeba uczciwie przyznać, że człowiek budzi się bez kaca.

    Rumuni zwykli zaczynać obiad od aperitifu. Może to być śliwowica lub owocowa brandy. Na ogół mają około 40 proc. alkoholu, ale niekiedy dochodzą nawet do 70 proc. Razem z karafką pojawiają na ogół płatki tłustej słoniny. Pierwsze danie to na ogół zawiesista ciorba, rodzaj gęstej zupy z mięsem, przecierem warzywnym lub całymi warzywami, często również ze śmietaną. Najpopularniejsze ciorby to: de burta, flaczki z kwaśną śmietaną i ostrą papryką oraz ciorba de perisoare, z okrąglutkimi jak piłeczki pingpongowe klopsikami. Po prostu palce lizać!

    W Delcie Dunaju można spróbować barszczu rybnego (ciekawostka – na wodzie z Dunaju) z mamałygą. Na drugie należy obowiązkowo spróbować gołąbków. Mimo, że pochodzą z Turcji (a my myśleliśmy, że to polski wymysł), Rumuni uważają je za swoją narodową potrawę. Sarma, bo tak się tu nazywają, są na ogół malutkie i owinięte w liście kiszonej kapusty, podawane z gęstą śmietaną. Do farszu dodaje się wieprzowinę, choć w okolicach Dunaju można spotkać również gołąbki rybne. Równie pyszne, choć malutkie są mici, kiełbaski z mielonej baraniny i wołowiny, upieczone grillu. Podawane są z musztardą i chlebem.

    Chleb jest nieodłącznym towarzyszem posiłków na rumuńskim obiedzie. Ale na stole nie może zabraknąć oczywiście mięs. Można prosić o wszystko, co tylko można sobie wymarzyć. Od grillowanego kurczaka po wymyślne gulasze z warzywami. Panowie popijają chętnie to wszystko najpopularniejszym krajowym piwem Ursus, reklamowanym jako „król rumuńskich piw”. Na deser wjeżdżają lody oraz pyszne domowe wypieki: papanasi, wielkie pączki ze słodkim serem, śmietaną i konfiturami, keksy, babki lub baklavy, ciasta przekładane słodką masą z orzechami i rodzynkami, a także clatite cu dulceata, naleśniki z konfiturami, clatite cu branza si miere, naleśniki z serem i miodem. Popularne są też słodkości z gęstą masą na bazie marchwi, podobne, jak te, które można kupić w Turcji. Na zakończenie posiłku koniecznie trzeba spróbować lampki wyśmienitego rumuńskiego wina z, najsłynniejszych na Dobrudżyj, winnic Murfatlar.

    Kuchnia północnej Rumunii, mimo, że pozornie ciężka, nie tuczy. Trawienie poprawiają wina i nalewki. Do głównych dań zawsze serwowane są sałatki na bazie pomidorów, marchwi i ogórków. I do tego to otoczenie. Otwarta jadalnia u Marii Stetcy ma 40 m kw. Nasza jadalnia w Sucevicie otwiera się na czereśniowy sad. Cóż więcej trzeba?
    Joanna Lamparska

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *