tomek-jakubiak
  • Szczęściarz

  • Tomasz Jakubiak – kucharz, dziennikarz kulinarny, gospodarz programów „Jakubiak w sezonie” i „Jakubiak lokalnie”, fan lokalności i regionalności. O jedzeniu potrafi opowiadać godzinami, okraszając historie wielkim poczuciem humoru. Gotowanie to jego żywioł i pasja. 

    Znany Jesteś jako wielki zwolennik sezonowości w jedzeniu, czyli jemy to, co oferuje nam aktualna pora roku. Sezonowość to moda?

    Powiem nieskromnie, że to ja zapoczątkowałem tę modę programem „Jakubiak w sezonie”. Okazało się, że powstał trend, który uważam za bardzo pozytywny. Oczywiście przyczynili się do tego jeszcze inni, jak choćby Karol Okrasa, Adam Chrząstowski czy Grzegorz Łapanowski. Ja jestem za sezonowością całym sobą. Mogę nawet powiedzieć że żyję sezonowością zgodnie z tym co można kupić w Hali Mirowskiej (znany warszawski bazar). Kocham owoce, a moja narzeczona mówi, że zauważa jak płynnie przechodzę z truskawek na czereśnie, na agrest, na śliwkę itd. Tak samo jest z warzywami. Jedyne produkty, które jem poza sezonem to sałata i pomidor. Jestem od nich po prostu uzależniony.

    Wspomniałeś, że robisz zakupy głównie na bazarach. Powiedz jak uniknąć kupienia produktów, które, delikatnie mówiąc, sprzedający chcą nam wcisnąć? Na co Ty zwracasz uwagę?

    Na bazarze na kalkulator, a w sklepie na paragon po wyjściu (śmiech). To są dwie rzeczy, na które zawsze zwracam uwagę. A poważnie to unikam stoisk, że tak powiem, wielobranżowych. Wolę stoiska z ograniczoną ofertą. Mam pana z serami zagrodowymi, pana z jagnięciną, pana z warzywami itd., itd. Im mniej towaru na stoisku tym większa gwarancja, że sprzedający albo sam to produkuje, albo ma od swojego sąsiada. I to jest moja rada. Uczulam także ludzi kupujących na bazarze na najczęstszy przekręt, którego można paść ofiarą, czyli kupienie polędwicy ze starego knura jako polędwicy z wołowiny. Unikać promocji polędwicy za np. 39,90 zł i nie wierzyć sprzedającemu, że to polędwica z młodego byczka. Mięso starszych sztuk wieprzowych jest bardzo czerwone i ktoś kto się nie zna, da się złapać. Poza tym polędwica wołowa jest większa.

    Czy Masz jakąś ulubioną sztuczkę, np. podczas kręcenia programu, którą potrafisz ograć wpadkę, dzięki której nie trzeba kręcić dubla?

    Ulubioną sztuczką są chyba złote usta Jakubiaka (śmiech). Ja nadrabiam zawsze gadaniem. Z tego się wszyscy śmieją, że ja potrafię gadaniem przekazać tą moją miłość i pasję do jedzenia. To jest chyba ta moja największa sztuczka. Moi koledzy z branży żartują, że jestem kucharzem, który może nie gotować, a cię nakarmi.

    A możesz opowiedzieć o jakiejś wpadce?

    Jasne. Któregoś razu, z okazji Dnia Matki, byliśmy z Grzesiem (Łapanowskim) i naszymi Mamami w TVN. Gotowaliśmy i miałem na ręce ochronną rękawiczkę. Oparłem się o płytę kuchenki i rozmawiamy. Nie zauważyłem znaków dawanych mi przez Marcina (Prokopa) i nagle cała moja ręka stanęła w ogniu. Powłączały się czujniki dymu, szaleństwo po prostu, a program był na żywo.
    W „Pytaniu na śniadanie” zniknąłem kiedyś niechcący na jedno wejście. Nie usłyszałem w słuchawce, że mam wchodzić i poszedłem do toalety. Program też oczywiście na żywo. Poszła kamera na moje stanowisko, a tam nikogo nie ma (śmiech).
    Wiele takich wpadek notuję w „Jakubiaku lokalnie”. Jest to program bardzo żywiołowy. Trudno mówić o scenariuszu, każdy odcinek napędza następny. Wszystko zależy do kogo jedziemy i gdzie to jest. Kiedyś był odcinek o ślimakach. Przyjeżdżamy na pole największego producenta ślimaków. Na polu deski, żadnych gałęzi… Przemiły właściciel, więc pytamy co my tu mamy nakręcić, na co on, że właściwie to nie wie, bo ślimaki w dzień to śpią. Podobne sytuacje zdarzają się dość często. Wtedy wracamy do samochodu i zaczynamy kombinować jak ten program jednak zrealizować. W opisanym przypadku wymyśliliśmy wyścig ślimaków na desce. Ja byłem komentatorem, a koledzy polewali deskę.

    Kolejny sezon ruszy we wrześniu?

    Owszem, choć nieco zmieniony. Program ewoluuje. Są dwa robocze tytuły: „Jakubiak z miłości do tradycji” lub „Jakubiak z miłości do Polski”. Nadal chcę promować i lokalność, i sezonowość, ale chcę także zwrócić uwagę, że ta lokalność i tradycja jest też współczesnym motorem napędowym małych i średnich firm rodzinnych.
    Nakręcimy 16 odcinków. Program będzie polegał na tym, że znajdziemy bardzo lokalnych producentów, pokażemy historię produktu, porównamy je z innymi. Najbliższe tematy to charsznicka kiszona kapusta, sok z czarnego bzu, kasza jaglana, kabanosy z Andrychowa, konfitury z zielonych pomidorów, kapłony, kiszki ziemniaczane, kamieniogórski ser pleśniowy, karp milicki, wino z Zielonej Góry, śledzie i baranina. Mówię to Wam jako pierwszym! Lista na pewno jeszcze się rozszerzy. Będziemy gotować z właścicielami tych firm. I nie będą to przepisy moje, autorskie, ale te, które już istnieją w tamtej tradycji.
    Po naszych wcześniejszych programach otrzymaliśmy mnóstwo fantastycznych mejli o treści: dzięki Wam porzuciliśmy pracę w korporacji i założyliśmy własne firmy. Jestem naprawdę dumny, że program tak wpłynął na wielu ludzi. To taka wartość dodana naszego programu, wartość misyjna.

    Jesteś człowiekiem o chyba nieograniczonej energii, spełnionym. Czy Ty masz jeszcze jakieś marzenia?

    Tę energię zapewnia mi moja rodzina. To jest koło napędowe od zawsze. Owszem, jestem człowiekiem spełnionym. Cieszę się życiem, w miarę możliwości pomagam innym, uczestniczę w akcjach charytatywnych dla dzieci, fundacjach etc., etc.
    Jeśli chodzi o marzenia to kwestię tę najlepiej oddają słowa, które wymyśliłem całkiem niedawno: ciężko mieć marzenia, jeżeli spełniły się marzenia, o których nie marzyłeś. Więc jedyne moje marzenia są związane ze zdrowiem i gromadką dzieci.

    Lubisz podróżować poza Polskę?

    Cały czas. Moje ulubione miejsce to Włochy. To miejsce gdzie uwielbiam się wkleić w środowisko lokalsów, tych prawdziwych. Moja wewnętrzna natura utożsamia się z nimi w pełni. Miejsce do którego chciałbym się przenieść za kilka lat to Sardynia, to tak jeszcze a propos marzeń. Myślę osiąść w okolicach Olbii, gdzie są przepiękne plaże i rzut beretem na Korsykę. Włochy to jedyne miejsce skąd wracam naładowany turboenergią, która wystarcza na cały rok.
    Poza tym jak tylko mam wolny czas to wyjeżdżam. Mogę to robić, bo moja narzeczona ma dokładnie takie samo podejście do życia, więc podróżujemy razem. Kupujemy bilety lotnicze, po małym plecaku i jedziemy. Staramy się niczego nie planować. Nawet nie rezerwujemy hoteli. Wszystko dzieje się na miejscu. Ostatnio zdeptaliśmy Filipiny. Cały miesiąc. Fantastyczne.

    Słyszałem, że narzeczoną poznałeś podczas meczu Włochy – Hiszpania w czasie Euro 2102, to prawda?

    Tak, to prawda. Robiłem pokaz, a ona kompletnie nie wiedziała kim jestem Sądziła, że jestem pomocnikiem kucharza. Stała po drugiej stronie placu, w strefie dla VIP-ów. Nie miałem jak się tam dostać więc wziąłem dużą kartkę i napisałem, czy moglibyśmy się wieczorem spotkać. I spotkaliśmy się wieczorem na imprezie i tak zostało do dziś.

    Można powiedzieć, że ta historia też wiąże się z Włochami. I mecz i trafienie sycylijskim piorunem.

    Jak najbardziej. Zostałem trafiony bardzo celnie i jestem zakochany po uszy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *