friesach
  • Szlak serowych klusek

  • Wylądowaliśmy w samym środku średniowiecza. W ciemnych zaułkach błąkały się wydekoltowane dziewczyny w bogatych sukniach, gdzieniegdzie przemykali rycerze chrzęszcząc każdym kawałkiem zbroi. Rynek przygotowywał się właśnie do wielkiej uczty, a w klatce pod zamkiem rozpaczliwie szamotała się czarownica. Robiło się nieswojo… Tylko jednego byliśmy pewni, bez względu na to dobry czy zły, każdy bohater tego przedstawienia miał pełny brzuch. Bo czego, jak czego, ale jedzenia to tu nie brakowało.

    Friesach położony w malowniczej Karyntii na południu Austrii, to jedno z najsławniejszych wśród miłośników średniowiecza europejskich miasteczek. Tutaj, regularnie odbywa się Friesach Spectakulum, gigantyczna impreza, podczas której życie cofa się o kilka wieków. Najpierw w całym mieście gaśnie światło. Ulice rozbłyskają gwiazdkami świec i małych ognisk. Wodę można pić ze specjalnych, cembrowanych fontann.
    Kąpiel w balii, na życzenie, z piękną masażystką. W wąskich zaułkach rozkładają się handlarze, piekarze, złotnicy. Wszędzie leje się piwo, jakby nie było, ulubiony napój średniowiecznych mnichów. A w menu starodawne przysmaki: podpłomyki, pieczone mięsa, nóżki w galarecie i tradycyjne serowe kluseczki, najsłynniejsze danie Karyntii.

    Friesach to najstarsze miasto w Karyntii. Jego początki sięgają X wieku, a liczbą zamków klasztorów bił na głowę nawet pobliski Salzburg. W niewielkim Friesach stanęło również pięć świątyń, w tym katedra oraz potężny klasztor. Oczywiście nie brakowało tu też gorzelni, zajazdów i gospód. Piwo lało się hektolitrami od średniowiecza, a miły ten zwyczaj przetrwał aż do dzisiaj. W wiekach nazywanych dziś ciemnymi, wody właściwie nie używano, no chyba, że do okazjonalnej kąpieli. Mnisi np. jedynie przed posiłkami myli ręce, zaś dodatkowe ablucje czynili tylko raz na tydzień, w sobotę wieczorem. W ówczesnych czasach łaźnie kojarzyły się z miejscami wiecznego potępienia i występku, w związku z tym mnisi nie uznawali za stosowne, żeby umieszczać je w klasztorach. Natomiast piwo, to już coś zupełnie innego. W średniowieczu było głównym napojem, piły go nawet dzieci, przyznać jednak uczciwie należy, że było ono znacznie lżejsze niż dzisiaj.
    Niemniej jednak jedną z gorszych kar w średniowiecznych klasztorach, był kilkudniowy zakaz picia piwka. Który współczesny piwosz by to zniósł? Siedem lat temu, gdy władze Friesach postanowiły odtworzyć tutejsze średniowieczne życie, piwo oczywiście znalazło się na pierwszym miejscu. Wszyscy mieszkańcy zaopatrzyli się w stroje z dawnych wieków i rzucili na stare księgi kucharskie, by odtwarzać przepisy swoich przodków. Władze miasta na czas średniowiecza wprowadziły fenigi, którymi płacono przed wiekami. We Friesach, gdy na ulicach pojawiają się rycerze, euro przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie. Można je za to wymienić w drewnianych kantorach, których sprzedawcy ubrani są w siermiężne koszule, na nogach zaś mają onuce i drewniaki.

    Po mieście krążą mnisi, kuglarze, aktorzy na szczudłach, przez tłum przebija się kilkunastometrowy smok machający ogonem. Każda panna może zważyć się na gigantycznej wadze, na której zamiast odważników, kładzie się kamienie. Panowie rzucają toporami, dzieci uczą się szlifować kamienie. Średniowieczna maszyna do rozbijania orzechów ma ponad dwa metry wysokości. Na jej szczycie siedzi chłopiec, który przez specjalną rurkę wyrzuca orzeszek. Orzech leci, zaś zadaniem biorącego udział w zabawie jest rozbicie go dokładnie w momencie, kiedy uderza o stojący poniżej pieniek. Prawie nigdy nikomu się nie to udaje. Nadszarpnięte nieco ego można za to podreperować na średniowiecznych kręglach. Oczywiście drewnianych, i oczywiście z drewnianą kulą, zawieszoną jednak na czymś w rodzaju szubienicy. Kulę należy tak wprowadzić w ruch, żeby strąciła jak najwięcej kręgli.
    Wszystkie gry mają walor poznawczy. Zadaniem festiwalu jest pokazanie, jak naprawdę kiedyś żyło się we Friesach. W dniu imprezy próżno szukać w miasteczku coca-coli czy fanty. Piwo, woda, sok jabłkowy, wino – to ogólnie dostępne napoje, sprzedawane w okolicznościowych kuflach. Do jedzenia mięsa z grilla, pieczone ziemniaczki, słodycze z białego miodu. We Friesach liczy się pomysł. Wieczorem całe miasto oświetlają świece i pochodnie. Na ulicach palą się ogniska, a przed jego wysokością Maksymilianem I w cywilu burmistrzem, występują kuglarze i połykacze ognia. Dokładnie o północy zamek rozbłyskuje tysiącem fajerwerków. Kilkanaście minut później widać już tylko gwiazdy. Te same, które dziewięć wieków temu oglądał sam Ryszard Lwie Serce, kiedy gościł we Friesach. A co wtedy mógł jeść? Z całą pewnością podpłomyki. I bardzo, bardzo dużo mięsa.

    Średniowieczna kuchnia z wyższej półki lubowała się w nieszkodliwych oszustwach. Kucharze lubili barwić i nabłyszczać serwowane przez siebie potrawy. Często wprowadzali też zmyłki, przyrządzając wołowinę tak by wyglądała jak dziczyzna, a jesiotra tak by udawał np. mięso z cielaczka. Kolory uzyskiwali głównie z ziół i przypraw. Na wiedeńskim dworze królowej Beatrycze na jednego mieszkańca przypadało rocznie, a był to wiek XIV, około 1,20 kg przypraw korzennych. Największe wzięcie miały goździki, najmniejsze pieprz, ten bowiem był zbyt popularny i w związku z tym za ekskluzywny nie mógł zostać uznany. Mięso chętnie serwowano z zielonym sosem albo z sosem czosnkowym. Czosnek najpierw smażono na żarze, następnie mieszano z surowym, rozgniatano, dodawano okruszki chleba, słodkie przyprawy i bulion. Podawano na ciepło. W Austrii lubiane są też wszelkie potrawy mączne. Najprostsza z nich, do spróbowania również w czasie Friesach Spectaculum to kluseczki mączne z cukrem pudrem.
    Prawdziwa pychotka. Ciasta naleśnikowe rzuca się na patelnię łyżką, tak, żeby powstały malutkie, nieregularne placuszki. Potem należy je ułożyć w wielki stos na talerzu i posypać cukrem pudrem. Na ciepło smakuje rewelacyjnie. A jeśli do ciasta dodać jeszcze odrobinę twarogu… Nawet nie warto poświęcać czasu na opisy, tego trzeba spróbować, choć potrawa jest niezwykle prosta. Najłatwiej zaś po prostu pojechać do Karyntii.
    Ponad sto zamków, tysiąc kościołów, prawie tyle samo jezior, w tym dwieście o wodzie tak krystalicznej, że można ją bezpiecznie pić. Do tego góry pełne legend. Karyntia to jeden z najpiękniejszych zakątków Europy. Można tu robić wszystko, co się wymarzy. Pływać, jeździć na nartach, uprawiać wspinaczkę, wędkować. Jednak prawdziwą specjalnością regionu są ścieżki tematyczne. Swoimi drogami chodzą nawet łasuchy. Szlaki kulinarne prowadzą śladem moszczu i serowych klusek, etnograficzne wzdłuż ciekawych wsi, zielarskie uczą rozpoznawania w drodze leczniczych roślin. A zioła przydają się przy gotowaniu wspaniałych, karynckich klusek.
    Joanna Lamparska

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *