chaczapuri
  • Tak smakuje Gruzja

  • Na wstępie tej opowieści chcę zaznaczyć, że nie dowiecie się za dużo o historii i trasach wycieczkowych w Gruzji. Wybraliśmy się tam, by jeść w towarzystwie Morza Czarnego i Gór Kaukazu. Okazało się, że aby to wszystko razem smakowało, należy jeszcze dołożyć przyjaciół, z którymi wspólnie się tam wybraliśmy oraz kilku Gruzinów płci obojga.

    Wylądowaliśmy na lotnisku Kutaisi. Stamtąd tzw. marszrutką do Batumi. Gdy je ujrzeliśmy, chcieliśmy… uciekać! Niewiarygodne połączenie biedy i złotych drapaczy chmur oraz auta jeżdżące bez ładu i składu, trąbiące ze wszystkich sił. Piesi nie mają tam łatwego życia. W zasadzie żaden kierowca nie zatrzyma się, by kogoś przepuścić, nawet na zebrach. Trzeba walczyć.
    Po nocnym locie i dużym zmęczeniu podróżą pierwszy kontakt z Gruzją był średni. Dotarliśmy do hotelu, który, na szczęście, okazał się czysty i przyjemny. Po kilku godzinach, wypoczęci, ponowiliśmy próbę odkrywania Gruzji, którą tak wielu naszych rodaków zachwala.
    Kraj wypiękniał już po 300 metrach, bo tyle dzieliło nasz hotel od lokalnej restauracji. Zapach wydobywający się z wnętrza błyskawicznie wciągnął nas do środka. I zaczęło się. Na stole pojawiły się: chaczapuri adżarskie, chinkali czyli gruzińskie pierogi, lobio (czerwona fasola), sosy wszelakie i oczywiście szaszłyki cielęce. Do tego wino i odrobina bimbru na lepsze trawienie. Gruziński samogon o wdzięcznej nazwie „Cha cha” robi się z winogron i ma moc około 70%, ale wchodzi gładko. W takim klimacie spędziliśmy w mieście 3 dni i stwierdziliśmy, że pojedziemy zobaczyć stolicę.
    Wybraliśmy się pociągiem. 380 km w niecałe 6 godzin. Trochę to trwało, ale mieliśmy klasę biznes (za nieduże pieniądze), wliczoną wodę do picia oraz dobrej jakości WI FI.
    Tbilisi przywitało nas burzą i gigantycznym oberwaniem chmury. Nie mieliśmy wyboru i wzięliśmy taksówkę, która jechała po wielkich dziurach, mijając stare i obskurne budynki. Po prostu slumsy.
    Na szczęście zawsze po burzy wychodzi słońce. Stare miasto okazało się wypełnione restauracyjkami i klimatycznymi kawiarniami, ale ruch turystyczny zrobił już swoje. Ceny nie były już tak przystępne, a i jakość jedzenia była daleka od tej w Batumi.
    Na szczęście, im dalej od centrum tym taniej i lepsze jedzenie. Pieczony bakłażan z pastą z orzechów włoskich, ser sulguni oraz mchadi czyli ciężka, gęsta kukurydziana bułeczka. Nie będę tu opisywać jak przyrządzać poszczególne potrawy, bo mam mało miejsca. W internecie znajdziecie wszystkie.
    Tbilisi szykowało się do święta niepodległości. Część ulic była już zamknięta więc poznawania miasta nie przerywały klaksony i ruch uliczny, który jest niewiarygodnie duży. Przy bliższym poznaniu, stolica Gruzji zyskiwała. Jest wiele zakątków, które oczarują każdego. Kiedy dodamy do tego życzliwość i uprzejmość miejscowych i pyszne wino, to zapomina się o kontrastach, które są widoczne w tak wielu miejscach.
    Do Batumi wróciliśmy około północy i miasto wyglądało jak… Las Vegas. Z okien taksówki zobaczyliśmy miasto rozświetlone tysiącem świateł. Wysokie, o nowoczesnych kształtach budynki naprawdę robią wrażenie. Są to głównie kasyna, w których najczęściej tracą pieniądze Turcy i Arabowie.
    Nazajutrz uznaliśmy, że powinniśmy zobaczyć jeszcze góry. Postanowiliśmy poprosić miejscowego taksówkarza, by nas obwiózł po okolicy. I to był jeden z lepszych pomysłów. Trafiliśmy na Jimshera (tak ma na imię). Przemiły i uczynny Gruzin, dla którego nie było rzeczy niemożliwych. Po ustaleniu ceny pojechaliśmy w góry. Widoki przepiękne. Z jednej strony porośnięte jak Bieszczady, a z drugiej pokryte śniegiem jak Tatry (tyle że wyższe). Potem jakiś wodospad, bardzo stary most (z X wieku i nadal służy) i opowieści Jimshera dodały wycieczce wielkiego czaru.
    Na koniec zaproponował on zjedzenie obiadu w wiosce, gdzie ma mały domek. Jak się okazało, dojazd tam zajmuje trochę czasu (jazda ostro w górę) i nie wszystkim turystom dane jest tu trafić. To było jedno z najciekawszych doznań kulinarno-krajobrazowych tej wyprawy. Nad brzegiem wartkiego strumienia, w otoczeniu drzew porośniętych mchem, zbudowano drewniano-bambusowe chatko-altanki. Uśmiechnięta kelnerka z burzą czarnych loków i niewiarygodnym uśmiechem serwowała dania proponowane przez Jimshera.
    Przystawki, ser smażony w maśle, bakłażan w sosie orzechowym, szaszłyki baranie, coś na kształt lazanii, sery, potem sery na słodko jako deser. Ta wystawna uczta kosztowała zaledwie około 100 zł (na 5 osób!).
    Nie trzeba chyba dodawać, że do każdego posiłku był dzban dobrego, niedrogiego wina domowego i „Cha cha” (miejscowy wyśmienity bimber).
    Mam pewność, że gruzińskie wina – a to w tym kraju znaleziono najstarsze na świecie ślady jego produkcji – mają duży wpływ na lepsze poznanie kraju i ludzi. Generalnie Gruzini nie mają za dużo pieniędzy, z pracą jest ciężko, ale mają czas i lubią go dzielić z innymi.
    Poprosiliśmy pewnego kierowcę o znalezienie na naszej mapie centralnego bazaru. Po chwili przeprosił, że nie może nam pomóc (zapomniał okularów), ale chętnie nas zawiezie – oczywiście za darmo. I pojechaliśmy. Uwielbiamy bazary z jedzeniem! Pełne ziół, zapachów i gwaru. Sprzedają tam ryby, mięso, ale także patelnie, miski i różne inne wynalazki. I tu także życzliwość, pomoc i uśmiech.
    Podczas tygodniowego pobytu przeszliśmy swoiste przeobrażenie. Od pewnej niechęci do zakochania. Wystarczyło kilka dni. Gruzja to kraj, który trzeba koniecznie odwiedzić. Jeśli tylko pojawi Wam się tak okazja, jedźcie.
    ren

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *