jerozolima-największe-atrakcje-3
  • W poszukiwaniu osiołków

  • O Ziemi Świętej myśleliśmy od dłuższego czasu, ale albo nie było czasu, albo jakieś zamieszki w Jerozolimie i trochę strach było lecieć. W podjęciu decyzji pomógł nam nasz narodowy przewoźnik, który zaoferował lot do Tel Avivu i z powrotem za bardzo nieduże pieniądze. Na dodatek z Wrocławia. Nie było wyjścia, polecieliśmy.

    Wylądowaliśmy w piątek około południa. Wszyscy, którzy się tam wybierają muszą pamiętać, że w ten dzień od zachodu słońca zaczyna się szabas i trwa do soboty wieczorem. Innymi słowy; teoretycznie nikt nie pracuje, a praktycznie wszystko da się załatwić tylko dwa razy drożej. Na pewno trudniej wydostać się z lotniska, ale zamiast pociągów są busiki.
    Zamieszkaliśmy w apartamencie, który znajduje się w centrum największego targowiska Hacarmel. Przebijaliśmy się przez tłum kupujących, przez owoce, warzywa, garkuchnie, aż w końcu się udało. Znaleźliśmy numer 11. Słowo apartament jest sporym nadużyciem i Booking powinien takie miejsca weryfikować, ale jak się potem okazało targu nie było słychać, a klimatyzacja działała poprawnie.
    Mieszkanie przy targowisku ma swoje zalety, bo wszystko jeśli chodzi o jedzenie, jest pod ręką. Trzeba tylko przestrzegać pewnych zasad. Nie wolno kupować nic na stoiskach, przy których nie ma wystawionych cen, a waga oddalona jest od klienta jakieś 3-4 metry. Daliśmy się tak nabrać pierwszego dnia. Poprosiliśmy o dwa avocado, a w torbie wylądowały trzy. Podobnie z innymi warzywami i owocami. Zanim się zapłaci warto zajrzeć do torby. My zrobiliśmy to dopiero w hotelu.
    Na targowisku znajdują się również sklepy spożywcze i różne bary, bo trudno nazwać to restauracjami. Polecamy falafele, tanie i bardzo dobre. Oczywiście przez cały tydzień nie można jeść tylko tego, więc spokojnie można popróbować lokalnych specjałów, ale już za dużo większe kwoty. Należy tu powiedzieć, że Izrael to drogi kraj. Piwo w sklepie potrafi kosztować około 12 złotych czyli tak jak w Szwecji, a obiad na dwie osoby 100-120 złotych. Są miejsca gdzie zje się taniej. Choćby restauracja makaronowa przy wejściu na targowisko. Bardzo dobra i przyzwoita ilościowo porcja kosztuje na dwie osoby niecałe 50 złotych. Zakupy warto robić w sklepach prowadzonych przez Rosjan. Tu ceny są wyraźnie niższe, choć wyższe niż w Polsce. Przed wyjazdem warto poszperać w internecie, czy w okolicy waszego hotelu jest taki sklep.
    Tel Aviv zrobił na nasz wielkie wrażenie. Ogromne, nowoczesne miasto z drapaczami chmur, które stoją na brzegiem Morza Śródziemnego. Spokojnie można je porównać do nowojorskiego Manhattanu. Plaże wypełnione turystami i mieszkańcami stolicy. Wszystko świetnie zorganizowane, ścieżki dla rowerzystów, wypożyczalnie rowerów, długi bulwar nadmorski, który ciągnie się aż do Starej Jafy. Sporo mieszkańców porusza się na rowerach wspomaganych elektrycznie. Potrafią jeździć bardzo szybko i trzeba się rozglądać zanim przejdziemy rowerową ścieżkę.
    Podobno w Izraelu jest takie powiedzenie, że Jerozolima się modli, Hajfa pracuje, a Tel Awiw imprezuje. I coś w tym jest. Miasto jest bardzo otwarte, ale i zróżnicowane. Liberalizm zderza się z ortodoksami, którzy głośno piętnują bezbożność młodych. A ci bawią się w lokalach do samego rana, grają na plaży w piłkę i uśmiechają się do swoich ziomków oraz turystów. Wszystko jak w kolorowym folderze.
    Idąc promenadą dojdziemy do Jafy, która od zawsze była portem strategicznym Dzisiaj to zespół budynków i wąskich uliczek z dużym skwerem przy wieży zegarowej. Sporo dzieje się tutaj wieczorem. Koncerty, wystawy, happeningi. Warto zajrzeć. Idąc promenadą trzeba wstąpić do centrum informacji turystycznej, które znajduje się przy ul. Herberta Samuela 46 (w jednym z budynków vis-a-vis nadmorskiego deptaku). Dlaczego? Otóż, Tel Awiw sponsoruje bezpłatne wycieczki z przewodnikiem (po angielsku) po najciekawszych zakątkach miasta, a w informacji dokładnie wiedzą, kiedy odbywają się te wędrówki, skąd startują i ile czasu trwają.
    Będąc w Izraelu trzeba odwiedzić kilka miejsc bezapelacyjnie. My zahaczyliśmy o Jezioro Galilejskie, Jerozolimę i Hajfę. Do Tyberiady autobus jedzie ponad 2 godziny. Po przybyciu na miejsce poszliśmy nad brzeg jeziora, zwanego także Morzem Tyberiadzkim.
    Atrakcje Tyberiady to kościół na Górze Ośmiu Błogosławieństw. Miejsce to upamiętnia kazanie Jezusa na Górze rozpoczynające się od Ośmiu Błogosławieństw. Ponadto kościół Prymatu i Kafarnaum, gdzie są pozostałości domu św. Piotra. Będąc na jeziorem, można popływać drewnianą łodzią, która jest repliką łodzi jakie pływały za czasów Chrystusa. Opodal znajduje się Nazaret, ale dosyć trudno tam dotrzeć, więc odpuściliśmy. W Domu Pielgrzyma zjedliśmy natomiast rybę św. Piotra, która żyje sobie w tym jeziorze. Smaczna, ale szału nie było, no może przy rachunku – 220 zł na 2 osoby!!! Swoją drogą majętni ci pielgrzymi, którzy tam się stołują.
    Kolejną wycieczką była Jerozolima, mieszanka kultur i wyznań. Tu też obalamy stereotyp osiołka i biednego pielgrzyma. Po wyjściu z dworca wsiadamy do tramwaju, który wiezie nas przez nowoczesne miasto pod bramę Damasceńską. Jest przed południem i nie ma jeszcze wielu turystów. Wchodzimy w kręte uliczki starego miasta.
    Miejsce święte dla chrześcijaństwa, islamu, judaizmu, perskiego bahaizmu, baizmu i wielu innych, mniej popularnych religii. Tutaj został ukrzyżowany i pochowany Jezus, nieopodal urodziła się jego matka, a pięćset metrów dalej i kilka wieków później do nieba poszedł Mahomet.
    Idąc uliczkami spotykamy księży, mułłów i rabinów, ortodoksyjnych Żydów z pejsami oraz arabskie kobiety z chustami na głowie. Do tego setki turystów z całego świata. Istna mieszanka wybuchowa. W powietrzu czuć pewien delikatny niepokój. I nie chodzi tu o terrorystów, ale możliwość eksplozji nastrojów z bardzo błahego powodu. Wszędzie żołnierze i punkty kontrolne, gdzie, jak na lotnisku, trzeba dać się skontrolować. Obsługa bardzo czujna. Nie chcieli nas przepuścić, bo mieliśmy zrolowany plakat Visit Palestine (kupiony na pamiątkę). Nawet taki drobiazg mógłby być punktem zapalnym.
    Wizyta pod Ścianą Płaczu robi ogromne wrażenie. Setki, tradycyjnie ubranych, ortodoksyjnych Żydów głośno się modli. Za niedużym ogrodzeniem modlą się kobiety.
    Potem odwiedzamy Bazylikę Grobu Pańskiego, miejsce urodzenia Maryi i na koniec meczet Al-Aksa. W międzyczasie oglądamy bazary, pijemy fantastyczną kawę z kardamonem i napawamy się atmosferą miejsca. Po wyjściu jedziemy jeszcze na Górę Oliwną skąd rozciąga się niesamowity widok na Jerozolimę. Miasto bardzo głośne, pachnące przyprawami i wodnymi fajkami, pełne kolorowych straganów z owocami i warzywami. Dzień się kończy, wracamy do Tel Avivu.
    Ostatnią miejscowością, do której dotarliśmy była Hajfa, trzecie największe miasto w kraju pod względem powierzchni i ludności. Miasto jest położone na zboczach góry Karmel, z której rozciąga się widok na całą Zachodnią Galileę, aż po granicę z Libanem.
    Największą atrakcją są Ogrody Bahaitów. Poszczególne tarasy wyraźnie nawiązują do klasycznej, europejskiej sztuki ogrodowej, z takimi elementami, jak kamienne balustrady, fontanny, czy rzeźbione orły umieszczone pośród ozdobnych drzew, krzewów, klombów i starannie przystrzyżonych, zielonych trawników. Bahaizm to religia monoteistyczna, założona w Persji w XIX wieku przez Bahá’u’lláha, podkreślająca duchową jedność całej ludzkości. Szacuje się, że obecnie na świecie jest około pięciu do sześciu milionów bahaitów w ponad 200 krajach i terytoriach.
    Ogrody robią wrażenie. Wyglądają jak bajka. Można je zwiedzać, schodząc w dół. W Hajfie bardzo mocno słychać rosyjski. Tu chyba jest najwięcej imigrantów od naszego wschodniego sąsiada. A propos języka. Panuje stereotyp, że w Izraelu dogadasz się po polsku właściwie wszędzie. To nieprawda. Podczas tygodniowego pobytu słyszałem język polski 4 (!!!) razy. I byli to turyści.
    Zwiedzanie, zwiedzaniem, a jeść trzeba. Trafiliśmy do lokalnej knajpki na prawdziwego, baraniego kebaba. Uczta była spora. Rodzina, która była właścicielem lokalu, podjęła nas jak wyjątkowych gości. Chyba niewielu Europejczyków tutaj trafia. Nie daliśmy rady zjeść wszystkiego. Było pysznie.
    Wieczorem znowu jesteśmy w Tel Avivie. Nazajutrz wylot. Wpadamy jeszcze do starej Jafy na spacer. Akurat szykuje się jakiś koncert i trafiamy na wystawę fotografii. Setki spacerujących mieszkańców i turystów uśmiechają się do siebie. Żal wyjeżdżać. Na koniec jeszcze jedna rada dla tych, którzy chcą tu przyjechać. Absolutnie nie opłaca się wypożyczać samochodu. Drogo. Kaucja 1000 dolarów i nie ma gdzie zaparkować. Korki w Warszawie to mały pikuś.
    red

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *