syria
  • Wypasiony talerz Syryjki

  • Na warszawskim Starym Mokotowie przy ul. Puławskiej jest niewielka knajpka „Syryjka”. Niepozorna, więc można jej nie zauważyć i minąć obojętnie. Jeśli się już jednak do niej wejdzie i zamówi coś do jedzenia, o żadnej obojętności nie może być mowy. Jest pełen zachwyt!

    Weszłam do „Syryjki”, bo podpowiedział mi ją znajomy. Poradził, żebyśmy zamówili „Wypasiony talerz Syryjki”.– Jeden dla dwojga? – spytałam. – Dla trojga też spokojnie wystarczy – odpowiedział.

    Każdy znajduje swój sposób
    W menu knajpki, którą prowadzi mieszkający w Polsce od dwudziestu lat Syryjczyk, jest oczywiście humus, czyli pasta z ciecierzycy. Jest mutabbal, czyli pasta z opiekanych bakłażanów z melasą z granatów podana z ziarnami tychże. Jest muhammara, czyli ostra pasta z pieczonej papryki z dodatkiem orzechów włoskich. Te trzy pasty dostaliśmy podane na wielkim talerzu w postaci fantazyjnych wstęg przepięknie ozdobionych. Do tego były pity, czyli arabskie chlebki. To oczywiście jeszcze nie wszystko.
    Na osobnym wielkim półmisku był zestaw najprzeróżniejszych warzyw: surowych, kiszonych, marynowanych. Ułożonych tak pięknie, że aż żal było naruszać to cudo. Wśród nich leżały falafele, tym razem w postaci stożków. Falafele są już u nas coraz bardziej znane, ale na wszelki wypadek przypomnę, że to smażone kotleciki, kulki, roladki czy właśnie stożki z przyprawionej, gotowanej ciecierzycy. Są chrupiące z zewnątrz, a delikatne w środku i pachnące obłędnie przyprawami. Były też na talerzu roladki z plastrów bakłażana z orzechowym nadzieniem w środku i sosem tahini.
    Jakby tego było mało, w salaterce dostaliśmy jeszcze sałatkę tabule z drobniutko pokrojoną zieleniną wszelaką i świeżymi ziołami wymieszanymi z kaszką bulgur.
    Kiedy zapytaliśmy, w jakiej kolejności to wszystko powinno się jeść, piękna kelnerka odpowiedziała, że każdy znajduje swój sposób. Miała rację. Podała nam też potem w tygielku kawę ze świeżo mielonej arabiki z dodatkiem kardamonu.
    Za te wszystkie cuda zapłaciliśmy niecałe 60 zł. Nie „na głowę” ale w ogóle. Jak na stolicę i tak wspaniałe jedzenie to prawie za darmo. A trzecia osoba spokojnie by się pożywiła, bo mimo starań nie udało nam się zjeść całego wegetariańskiego „Wypasionego talerza Syryjki”.

    Próbują tam normalnie żyć
    Potem poszliśmy do kina „Muranów”. To niewielkie kino, gdzie grają interesujące, choć może niezbyt kasowe filmy. Akurat szedł film pt. „Ostatni w Aleppo”. Jego reżyserem jest syryjski filmowiec Feras Fayyad.
    Ten fabularyzowany dokument pokazuje oblężone miasto z perspektywy uwięzionych w nim cywilów. Jego bohaterami jest dwóch wolontariuszy Białych Hełmów, organizacji pomagającej cywilom w tym, będącym morzem ruin, syryjskim mieście. To Khaled i Mahmud, zwykli mieszkańcy Aleppo. Codziennie wypatrują nadlatujących nad miasto samolotów zrzucających bomby i natychmiast jadą w miejsce gdzie spadły. Spod gruzów budynków mieszkalnych wyciągają kobiety, mężczyzn, dzieci. Tylko niektórzy z nich są jeszcze żywi.
    Przed wojną Khaled pracował na budowie. Mahmud studiował w Turcji. Inni członkowie Białych Hełmów też nie są zawodowymi ratownikami, ale nauczycielami, robotnikami, studentami. Codziennie narażają swoje życie, próbując ratować innych. Ale próbują też normalnie żyć.
    Drastyczne zdjęcia z akcji ratunkowych przeplatają się w filmie z obrazami z codziennego życia. Khaled ma dwie małe córki. Bawi się z nimi, jak każdy ojciec, wygłupia się, żartuje. Bo przecież to, że akurat toczy się wojna, nie oznacza, że nie ma miejsca na choćby odrobinę normalności i radości.

    Jak Warszawa po powstaniu
    – Cieszę się, że nie głodujemy – mówi w pewnym momencie Khaled. Ale wątek kłopotów ze zdobyciem żywności też w filmie jest.
    Trudno przypuszczać, żeby w zrujnowanym i bombardowanym mieście jakakolwiek rodzina mogła zasiąść do wspólnego posiłku przy takich daniach, jakie podają w warszawskiej, syryjskiej knajpce. Jej klienci, delektując się syryjskim jedzeniem, raczej nie myślą o wojnie w Syrii ani o syryjskich uchodźcach. Oglądając czasem w telewizji ruiny w Aleppo pomyślą, co najwyżej, że to miasto wygląda jak Warszawa po powstaniu w 1944 r.
    Film „Ostatni w Aleppo” kończy się sceną pogrzebu Khaleda. Mahmud przeżył oblężenie. Po upadku Aleppo wyjechał do Turcji, ale wkrótce wrócił do Syrii. Nadal jest wolontariuszem w Białych Hełmach. Rodzina Khaleda też przetrwała oblężenie miasta. Jego żona urodziła synka, któremu dała imię ojca. Dziś wszyscy są w Stambule.

    Tafathalo i Sahtejn! To po arabsku.
    Po wizycie w warszawskiej „Syryjce” i po obejrzeniu filmu „Ostatni w Aleppo” trudno mi było pozbyć się myśli, że Polaków i Syryjczyków, wbrew pozorom, dużo łączy. Nie tylko to, że my mieliśmy zrujnowaną Warszawę, a oni Aleppo.
    My uważamy się za ludzi otwartych i gościnnych. Syryjczycy, i w ogóle mieszkańcy Bliskiego Wschodu, takimi po prostu są. Jak i u nas, tak i u Arabów, obowiązuje zasada „zastaw się, a postaw się”. Dlatego proponują gościom, których bardzo chętnie przyjmują, to, co mają najlepszego. W języku arabskim jest zwrot, którym zapraszają do stołu. To „Tafathalo”, czyli dosłownie „Uczyń mi zaszczyt”. Odrzucenie zaproszenia jest wielkim nietaktem. Warto też pamiętać o arabskim przysłowiu, które mówi, że miarą szacunku gościa dla gospodarza jest ilość spożytego jedzenia. A przy okazji – nasze „Smacznego!” to po arabsku „Sahtejn!”
    Oczywiście kuchnia syryjska, czy szerzej – arabska, jest całkiem inna od polskiej. Znacznie więcej w niej warzyw, co ucieszy wegetarian i wegan. „Syryjka” taką kuchnię zresztą oferuje. Nieporównywalnie więcej, niż w naszej kulinarnej tradycji, jest u Arabów wszelkiego rodzaju ziół i przypraw. To choćby kmin rzymski, kurkuma, kolendra, szafran, kardamon. Ale też znane u nas, ale znacznie skromniej dodawane do potraw goździki, gałka muszkatołowa, cynamon, tymianek, mięta.
    Nieodłącznym elementem kuchni arabskiej jest ciecierzyca, ale też kasze kuskus i bulgur. Z mięs spożywa się jagnięcinę, cielęcinę, drób, rzadziej wołowinę. Wieprzowiny oczywiście się nie je, co dla Polaka może być nie do zaakceptowania. Podobnie zresztą jak obowiązujący arabskich muzułmanów zakaz picia alkoholu. Smakować nam za to powinny ich słodkie ciastka, jak choćby baklawa czy kunafa z orzechami, miodem, bakaliami. Ponieważ Arabowie wyznają zasadę, że im serdeczniejsze spotkanie, tym słodszy napój i deser, często z tą słodyczą przesadzają.
    Nasza wybiórcza gościnność
    Kiedy wychodziliśmy z „Syryjki”, spytaliśmy jej syryjskiego właściciela, jak wielu jego rodaków jest w Warszawie. – Cóż, bardzo niewielu, bo… przecież nas nie chcecie – odpowiedział, uśmiechając się gorzko.
    No, nie chcemy… Nawet chorych i rannych kobiet i dzieci, które miały do nas przyjechać w symbolicznej wręcz liczbie w ramach korytarza humanitarnego. Nasza gościnność jest, niestety, wybiórcza… Nie obejmuje „tych brudnych ciapatych z dzikich krajów”. I nieważne, że przed wybuchem wojny Syria była jednym z bogatszych państw arabskich. Miała darmową edukację i służbę zdrowia, a państwo było laickie. W gwarnym Aleppo pełno było sklepów, restauracji, kawiarni, muzeów, neonów. Ubrane jak Europejki kobiety mogły studiować na kilku uniwersytetach. Przed wojną mieszkało tam prawie 2,5 mln ludzi. Dziś nie ma nawet 200 tysięcy. I wciąż uciekają. Już prawie 7 mln Syryjczyków zostało zmuszonych do opuszczenia kraju, a zginęło około pół miliona. Uciekinierzy liczą na gościnność, choćby na okres przejściowy. U nas nie mogą na nią liczyć. Dlatego tak mnie zawstydziła odpowiedź właściciela „Syryjki”.
    Grażyna Zwolińska

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *